poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Ostatnio mnie tu trochę nie było. To kwestia tego, że byłam bardzo zajęta- rzadko bywałam w domu, cały czas biegałam między pracą, uczelnią a spotkaniami ze znajomymi i treningami, na które wykorzystywałam i tak bardzo ograniczony mój wolny czas. Stąd też pomysł na tę notkę. Bo w końcu nawet żyjąc w biegu trzeba znaleźć czas na smaczny i racjonalny posiłek. Albo i kilka J Dlatego dziś proponuję Wam dziś sałatkę, którą z łatwością można wykonać i przetransportować do pracy lub na uczelnię…

Prawdę mówiąc jej skład zainspirowany jest książką „Nowoczesne zasady odżywiania” Campbella. Jestem wegetarianką od 10 lat i prawdę mówiąc częściej nasłuchałam się opinii negujących ten styl życia, niż akceptujących go. Dotyczy to zarówno  komentarzy zasłyszanych od znajomych, jak i tekstów naukowych. Jednak ta książka jest wyjątkowo pro-wegańska. W sieci można co krok natknąć się na teksty o tematyce żywieniowej, po przeczytaniu których zastanawiam się czy to żart, czy może ktoś RZECZYWIŚCIE myśli że to jest prawda. Prawdę mówiąc, gdy w liceum zaczęłam się interesować tematyką żywienia to brak wiarygodnych informacji i trudności w ocenieniu co jest prawdą, a co zasłyszaną plotką były głównymi przyczynami, dla których zdecydowałam się na studia żywieniowe. Jednak ta książka w pełni opiera się na badaniach naukowych, co czyni ją publikacją wiarygodną. Okazuje się, że długoletnie badania wykazały bardzo negatywny wpływ białka zwierzęcego na zdrowie człowieka. U KAŻDEGO szczura karmionego dietą zawierającą 20% białka pochodzenia zwierzęcego wykryto rozwój nowotworu wątroby. Głównym czynnikiem rozwoju tej choroby jest aflatoksyna występująca w wielu warzywach, owocach czy produktach nabiałowych. Jednak dieta niskobiałkowa „usypia” negatywną odpowiedź organizmu na jej działanie. Za to powrót do diety wysokobiałkowej nasila tworzenie ognisk nowotworowych. Dodatkowo wysokie spożycie kazeiny generowało szybszy rozwój raka piersi. Na rozwój nowotworów ma wpływ nie tylko białko, ale i tłuszcz pochodzenia zwierzęcego. Bazując na tych informacjach autor proponuje dietę wegańsą, bazującą na produktach zbożowych oraz warzywach i owocach. Zaleca tzw. NPR, czyli nieprzetworzone produkty roślinne.

Czy rzeczywiście jest to najzdrowsza dieta świata? Przekonały mnie wyniki badań, które wykazały 100% zależność między dietą, a zachorowalnością. Badania wykazały również dobry wpływ stosowania takiej diety na leczenie otyłości, cukrzycy czy chorób układu krążenia. Jednak z drugiej strony produkty nabiałowe (głównie mleko) są świetnym źródłem wapnia i bez suplementacji można doprowadzić do niedoborów, np. witaminy D czy B12. I co tu wybrać? Wszystkie badania opisane w książce wprowadzały dwie grupy badanych- udział białka w całodziennej podaży energii wynosił odpowiednio 5 i 20%. Ja postanowiłam dać szanse diecie zawierającej małą ilość białka zwierzęcego, ale jednak z udziałem jajek i produktów nabiałowych. W mojej lodówce zawsze było pod dostatkiem jogurtów i twarogów. I może jadłam ich rzeczywiście zbyt dużo? Mniej kazeiny, więcej cieciorki- challange accepted!

A teraz może trochę o jedzeniu.

potrzebujemy:

1/4 awokado

1/4 główki sałaty lodowej

garść orzechów i trochę siemienia lnianego

garść ugotowanej ciecierzycy

1 dojrzałego pomidora

łyżkę jogurtu

 

Wykonanie jest banalnie proste.

Sałatę rwiemy lub siekamy i mieszamy z jogurtem.

Awokado i pomidora składniki kroimy w cząstki, dodajemy do sałaty.

Dorzucamy też ciecierzycę i orzechy z siemieniem.

Całość doprawiamy do smaku.

Smacznego!

Zdrowy tryb życia

środa, 05 marca 2014

Jeżeli mieszkacie w Warszawie albo kiedykolwiek tu będziecie- z ręką na sercu mogę polecić Wam cudowną małą knajpkę, idealną na lunch. Mezze, znajdujące się przy ul. Dąbrowskiego, jest małym nowootwartym lokalem. Jest tu zaledwie 8 stolików. Niestety, ich ścisk trochę psuje urok tego miejsca, ale jak już dostanie się swoje danie- wszelkie minusy zostają wybaczone ;) Chłopaki serwują domowej roboty hummus i falafle, w różnych kombinacjach. Ostatnio miewałam dni, kiedy to falafel chodził mi po głowie i nie zasnęłabym gdybym chociaż jednego kotlecika z ciecierzycy nie zjadła. Niestety, nigdzie nie znajdywałam tego idealnego. Do wczoraj. Pyszny, zielony (może brokułowy?), miękki i nie za suchy falafel. Cud miód! A do tego aksamitny i dobrze doprawiony hummus. Z pitą? Z warzywami? Do wyboru, do koloru. Zamów co tylko chcesz! A najlepiej wpadnij ze znajomymi i powymieniajcie się tak, żeby każdy spróbował innych potraw. Polecam!

Ale przejdźmy do rzeczy. W końcu w tej notce nie będzie falafli, ale coś "w tym stylu". Naszło mnie na kotleciki. Brokułowe? Proszę bardzo!

Czego potrzebujemy?

1 brokuł

4 małe cebule

1 jajko

Łyżka serka homogenizowanego typu Bieluch

3 łyżki sezamu

Trochę mąki lub otrębów (tyle, żeby otrzymać właściwą konsystencję)

Sól do smaku

Ząbek czosnku

 

Brokuła myjemy i gotujemy

W tym czasie podsamażamy cebulę, pod koniec dodając trochę mleka

W większej misce mieszamy wszystkie składniki, brokuła uprzednio siekając na drobne kawałki

Mąki dodajemy tyle, żeby ciasto nie było lejące się, ale nie będziemy z niego też robić kształtnych kulek

Na blasze nakładamy łyżką ciasto, w niewielkich odstępach

Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy w 180 stC przez ok. 10 minut (do zarumienienia)

W międzyczasie można przewrócić kotlety na drugą stronę

Ja podawałam z sosem z jogurtu greckiego i pieczarek

Smacznego!

17:27, dietoholic , na obiad
Link Komentarze (1) »
czwartek, 27 lutego 2014

Historia tego połączenia jest następująca: jak zwykle wszystko wyszło przez przypadek. Ale w odkrywaniu tego połączenia pomogła mi inna food-bloggerka, autorka bloga nasmak.pl. Ponieważ studiujemy razem (nasze spotkanie nie było specjalnie zaaranżowaną akcją bloggerską :) ) postanowiłyśmy załatwić coś na uczelni lub spotkać się z prowadzącymi zajęcia. Tradycyjnie- bez szans. Spróbuj załatwić jakąś sprawę w dziekanacie za pierwszym podejściem i bez podania, a Ci szczerze pogratuluję ;) Zniechęcone czekaniem postanowiłyśmy spędzić czas przyjemniej- kawka, spacer i... wspólne gotowanie! Poszłyśmy do sklepu, zakupiłyśmy wszystko co zielone (brokuł, limonka i inne warzywa) i zabrałyśmy się do pichcenia. Stworzyłyśmy przepyszny obiad- makaron z brokułami, gorgonzollą i limonką (którą dodałyśmy tylko po to, żeby sprawdzić, jak to będzie smakować- i zadziałało!). Przepis na makaron może kiedyś zamieszczę, ale tak pyszne danie zainspirowało mnie do stworzenia tej sałatki :)

Na sałatkę potrzebujemy:

Pół główki sałaty lodowej

1 brokuła

1 buraka

Pół kostki fety

Pół opakowania migdałów w płatkach

1 limonkę

Zaczynamy od buraka- dokładnie go szorujemy szczoteczką do warzyw, kroimy w kostkę i wrzucamy do rozgrzanego piekarnika na ok. 20 minut (aż zmięknie trochę, ale będzie miał lekko chrupiącą strukturę)

W tym czasie myjemy brokuła i odkrajamy różyczki. Patelnię mocno rozgrzewamy (wystarczy mała ilość oleju) i podsmażamy (tak, surowego brokuła) przez ok 10 minut. Kłąb również kroimy w kostkę i podsmażamy

Na rozgrzanej patelni, po przygotowaniu brokuła, prażymy migdały na złocisty kolor

Brokuły gotowe? Burak gotowy? Czas wszystko połączyć!

Sałatę szatkujemy i wrzucamy do miski. Dorzucamy brokuła i buraka, dodajemy fetę pokruszoną na drobne kawałki/

Na końcu ścieramy skórkę z limonki. Opcjonalnie można skropić sałatę sokiem z limonki, ja tego nie robiłam, bo sałatka była już wystarczająco limonkowa :)

Na koniec dodajemy migdały i... podajemy

Smacznego!

czwartek, 30 stycznia 2014

Nigdy nie robiłam własnego zakwasu. Fakt- zajmuje to trochę czasu, ale ile zabawy i satysfakcji z domowego wypieku chleba na zakwasie! Dlatego też chciałam i tego spróbować. I wyszło pysznie!

Do zrobienie zakwasu potrzebujemy bardzo niewielu składników. A mianowicie: dobrej mąki, systematyczności i czasu. Dojrzewanie zakwasu trwa 3-5 dni. Ja wybrałam tę dłuższą wersję.

Pierwszego dnia (np. rano) w dużym słoiku mieszamy 50g mąki razowej z 50 ml ciepłej wody. Słoik umieszczamy w najcieplejszym miejscu mieszkania- bakterie fermentacyjne lubią temperaturę ok. 35 st C. Ja skorzystałam z jakiejś rady przeczytanej na blogu- lekko rozgrzałam piekarnik i umieściłam w nim słoik, zostawiłam do ostygnięcia, apotem słoik umieściłam przy kaloryferze.

Wieczorem tego samego dnia (po 12h) mieszamy zakwas i znów zostawiamy w cieple.

Drugiego dnia powtarzamy wszystkie etapy, jak pierwszego dnia. (Dokarmiamy zakwas, czyli do tego, co mamy w słoiku dodajemy kolejne 50g mąki i 50 ml wody)

Trzeciego dnia robimy dokładnie to samo, ale wieczorem po zamieszaniu zakwasu przykrywamy go gazą

Czwarty dzień  nazwałam "dniem odpoczynku dla zakwasu". Tego dnia go nie dokarmiamy, tylko mieszamy rano i wieczorem

Piątego dnia po raz ostatni dokarmiamy zakwas, wieczorem możemy go już użyć do wypieku

Wtedy, gdy nie używacie zakwasu- spokojnie można go przechowywać w lodówce. Wystarczy, że przed kolejnym wypiekiem wyjmiesz zakwas z lodówki i dokarmisz- z tak przygotowanego zakwasu spokojnie można piec kolejne chleby

 

Zakwas mamy. Czas na chleb!

A do chleba potrzebujemy:

350g mąki razowej (150g na zaczyn i 200g dodajemy po dojrzewaniu zaczynu)

150 g mąki kukurydzianej

250 ml ciepłej wody (z czego 100 ml do zaczynu)

150 ml mleka

3 średnie cebule

2 ząbki czosnku

1 łyżeczkę soli

Po łyżce (płaskiej): tymianku, majeranku i rozmarynu

1 łyżeczka drożdży instant (jeżeli nasz zakwas nie jest jeszcze mocny, przy pierwszych wypiekach, jeżeli używaliście i dokarmialiście zakwas wiele razy, możecie ten punkt ominąć)

Zaczynamy od zrobienia zaczynu, czyli mieszamy i zagniatamy 50g zakwasu, 100 ml ciepłej wody i 150g mąki razowej. Taki zaczyn przykrywamy ściereczką i zostawiamy na noc (lub po prostu 12h) do wyrośnięcia

Cebule podsmażamy na oleju rzepakowym, pod koniec można dodać trochę mleka- wtedy smak cebuli będzie łagodniejszy

Drożdże mieszamy z ciepłą wodą, dodajemy do zaczynu

Do zaczynu dodajemy resztę mąk, wszystkie suche składniki, ostudzoną cebulę i mleko

Takie ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do ciepłego miejsca na min. 1h

Piekarnik rozgrzewamy do 200stC, chleb pieczemy ok. 45-60 min

Przed podaniem ostudzamy

Smacznego!

Chyba już wspominałam coś o moich i kota "walk o pieczywo". Skubany, wykorzystał to, że moje ręce były zajęte aparatem ;)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Powtórzę to po raz kolejny. Kocham buraki! Dlatego dziś serwuję Wam na obiad buraczane risotto. Powiem jedno: PYCHA!

A potrzebujemy niewiele:

(na 1 osobę)

1 burak

1 cebula

Trochę mleka

30g ryżu

Szczyptę czosnku sproszkowanego lub 1 ząbek świeżego

 

Najpierw gotujemy buraka na półtwardo, nie wylewamy wywaru!

Gdy to już mamy, podsmażamy cebulę, pod koniec dolewając trochę mleka

Wsypujemy sypki ryż i dodajemy wywar, który nam został z gotowania buraka

Przez jakieś 20 minut gotujemy wszystko razem, co jakiś czas dolewając wodę lub trochę mleka, żeby ryż miał się w czym ugotować :)

Pod koniec dodajemy pokrojonego w kostkę buraka

Voila!



Smacznego!

16:05, dietoholic , na obiad
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 stycznia 2014

Oj dawno nie było tu chleba, a szkoda! Oprócz smaku świeżutkiego chleba domowego uwielbiam też jego zapach, który roznosi się po kuchni podczas pieczenia.

Czy mówiłam już Wam, że mój kot uwielbia pieczywo? Nasza wspólna walka o bułkę stała się wspólną zabawą ;)

 

Ostatnio jestem fanką majeranku, dodaję go do każdej potrawy. Dlatego w chlebie też się znalazł

460g mąki razowej

250 ml mleka

1,5 łyżeczki drożdży

szczypta soli

łyżka majeranku

łyżeczka miodu

3 łyżki oliwy z oliwek

garść pestek słonecznika



Najperw przesiewamy mąkę do miski

Dodajemy wszystkie składniki

Dokładnie i długo wyrabiamy ciasto

Odstawiamy na 1,5h w ciepłe miejsce (miskę przykrywamy ściereczką)

Z ciasta formujemy okrągły bochenek, wkładamy do nagrzanego do 180 stC piekarnika i pieczemy przez 30-40 minut

Rozkoszujemy się cudownym smakiem i zapachem :)

Smacznego!

czwartek, 16 stycznia 2014

Przyszła zima, a wraz z nią przeziębienia. Niestety, mnie również dopadło. Pomimo, że próbowałam je wypierać, żyć jakbym była najzdrowszą osobą na świecie- czas przyznać, że jedyne czego potrzebuję to ciepły kocyk, herbata i kot. No i pytania do egzaminu inżynierskiego jak zwykle gratis ;)

Jako najwierniejsza fanka przyjaciół muszę to tu zamieścić- czy Wy też stosujecie takie metody leczenia jak Monica Geller?

Znów będzie trochę rodzinnych wspominek. Gdy z zakatarzonym nosem odwiedziłam moich rodziców, moja mama o nic się nie pytając, zaraz przyniosła mi słoik miodu i pocięty na plaserki imbir. "Maczaj i jedz, pyszne lekarstwo". Następnego dnia spotkałam się z siostrą- jej reakcja na mój widok była podobna. Czy to rodzinne? Powiedziałabym raczej, że to taka rodzinna mądrość! Bowiem jednym z ważniejszych wierszyków, jakich powinniśmy się w dzieciństwie nauczyć (zaraz po ene-due-like-fake) jest NAJPIERW CZOSNEK, MIÓD I CYTRYNA, A DOPIERO PÓŹNIEJ ASPIRYNA!


Profilaktyka najważniejsza, ale kto powiedział, że musi być niedobra? Zaraz poznacie kilka pysznych i zdrowych przepisów!

1. Napar imbirowy

Pyszny, rozgrzewający napój. Wystarczy wycisnąć sok z połówki cytryny, dodać gruby plaster imbiru starty na tarce, łyżkę miodu i trochę goździków, a następnie całość zalać ciepłą wodą. BARDZO WAŻNE: woda, której używacie nie może być wrząca. Powinna mieć ok. 65 stC, w wyższych temperaturach miód traci swoje lecznicze właściwości

2. Imbir z miodem

Imbir kroimy w plasterki, zjadamy maczając w miodzie. Zdrowa pycha!

3. Twarożek z miodem i imbirem

Jeżeli nie podchodzi wam powyższy "przepis", spróbujcie dodać trochę twarożku. W tej opcji można też dodać czosnek

4. Kanapka z czosnkiem

Kto nie lubi masła czosnkowego? Jest mnóstwo wersji takiej kanapki, ale zawsze musi się pojawić dużo czosnku. Ja zajadam się chlebem z białym serem i duuuuuużą ilością czosnku. Jak gardło pali- można załagodzić smak miodem. Kanapkę można przygotować ze wszelkimi różnościami- masłem czosnkowym, serem z czosnkiem czy wszystkim, na co akurat macie ochotę



A jakie są Wasze metody? Chętnie poznam, bo jeden dzień chorowania to dla mnie i tak za dużo!

Smacznego chorowania! (o ile już chorować musicie)

piątek, 10 stycznia 2014

Osobiście uważam, że największą mistrzynią robienia lecza jest moja mama. Skusiłabym się na nie nawet po dwóch obiadach u babci i wigilii. Żadne węgierskie mamy, matrony i babuszki nie będą w stanie ugotować dania lepszego, niż to którym od dziecka się rozkoszowałam. Mamo- chapeau bas!

Sama postanowiłam zrobić leczo w trochę innej wersji, niż się jadało u mnie w domu. Może smak trochę inny, ale nieskromnie powiem- również zacny ;)

Ja zrobiłam zapas na pół roku,który zamierzam zapasteryzować lub zamrozić, więc jeżeli chcecie na jeden obiad, podzielcie składniki przez dwa.

A do turbodawki lecza potrzebne są:

3 cebule (ja zawsze biorę ich trochę więcej, bo przestałam się oszukiwać, że uda mi się nie wyjeść prosto z garnka dużej porcji)

2 cukinie

1 brokuł

pół opakowania fasolki szparagowej (mrożonej)

3 puszki pomidorów w puszce

2 dorodne papryki

2 ząbki czosnku

trochę mleka (opcjonalnie, jeżeli skorzystacie z mojego mleczno-cebulowego tricku)

łyżeczkę cukru

przyprawy do smaku

 

Na początku gotujemy brokuła i fasolkę (najlepiej na parze) na półmiękko.

Gdy to nam się pichci, zabieramy się za przygotowanie dużego gara!

Cebulę szatkujemy w drobną kostkę i podsmażamy na małej ilości DOBRZE ROZGRZANEGO oleju rzepakowego.

Gdy cebula trochę zmięknie, dodajemy trochę mleka i dusimy (tak, to mój mleczno-cebulowy trick. Dzięki temu cebula ma łagodniejszy smak).

Jeżeli chcemy, żeby cebula nam się idealnie skarmelizowała odrobinkę, dodajemy łyżeczkę cukru.

Dodajemy czosnek wyciśnięty przez praskę.

Do gotowej cebuli dorzucamy paprykę, czekamy aż zmięknie.

Następnie do garnka wędruje cukinia.

Gdy lekko zmięknie- dodajemy pomidory w puszcze.

Na koniec dodajemy fasolkę i brokuła, wszystko rzem chwilę gotujemy i przyprawiamy do smaku.

Mniam mniam. Smacznego!

Proponuję podać leczo również w wersji śniadoaniowo-przekąskowej:

Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze lubię gotować przy akompaniamencie dobrej i miłej dla ucha muzyki. Ewentualnie tańczyć krojąc marchewkę ;)

Dzisiaj proponuję Wam tę piosenkę (lub całą płytę), przez mnie na moment zapomnianą.

http://www.youtube.com/watch?v=yzQ9VrnNQLQ

 Niskokaloryczny styczeń

sobota, 21 grudnia 2013

Pomimo, że wigilijną tradycją stało się jedzenie pierogów z kapustą i grzybami, to w moim domu wcinamy zawsze pierogi z soczewicą. I pomimo, że zawsze lepię ich z moją siostrą miliony- wszyscy oszczędzając swoje żołądki na kolejne 11 potraw zjadają ich po 3 sztuki. Dlatego też w zamrażalniku pierogi można znaleźć przeważnie do kolejnej wigilii...

W tym roku postanowiłyśmy zrobić pierogi z mąki razowej, coby były trochę zdrowsze. A efekt jest taki:

Przepis na ciasto pochodzi z bloga dietetyczne fanaberie

Ciasto:

500g mąki razowej

łyżeczka oliwy

350 ml ciepłej wody

spora szczypta przypraw (ja dałam oregano, ale kombinujcie na wszelkie sposoby)

Farsz:

5 główek cebuli

200g soczewicy

przyprawy *

*oczywiście można doprawiać farsz według własnego widzimisię. Warto ednak zaznaczyć, że farsz powinien być bardzo wyrazisty, bo w innym razie pierogi mogą wydawać się mdłe i niedoprawione. Ja proponuję 2 opcje:

wersja indyjska: imbir, curry, chilli, cynamon, kardamon

wersja śródziemnomorska: oregano, tymianek (duuuuużo tymianku!), sól, pieprz

Najpierw zróbmy farsz: gotujemy soczewicę w osolonej wodzie

W tym czasie siekamy cebulę w drobną kostkę i szklimy ją na niewielkiej ilości oleju rzepakowego

Gdy cebula będzie gotowa- dorzucamy soczewicę i przyprawiamy

Farsz gotowy? Bierzemy się za ciasto

Wszystkie składniki dokładnie mieszamy, zagniatamy. voila! Ciasto gotowe

Teraz wystarczy ciasto rozwałkować jak najcieniej (ale bez prześwitów i dziurek)

Z ciasta wykrawamy kółka wielkości szklanki, nakładamy łyżeczkę farszu i zaklejamy

Uwaga! Jeżeli ciasto nie chce się kleić- można wspomóc się odrobiną wody, żeby skleić dwa krańce wyciętego kółka

Proszę bardzo- pierwszy pieróg zrobiony

Pierogi te można podawać albo upieczone, albo gotowane. Pieczemy w 170 stC, uprzednio smarując wierzch jajkiem, do momentu, gdy pierogi staną się rumiane

Gotujemy rzucając do osolonej wrzącej wody przez ok. 5 minut od wypłynięcia na wierzch

Pierogi można również zamrozić i podawać zarówno na co dzień, jak i od święta;)

 

środa, 18 grudnia 2013

Miałam dziś straszną ochotę na tortillę. Dlatego też zrobiłam pseudo-tortillę. No i ten brokuł!

Na ciasto potrzebujemy:

1 kopiastą łyżkę mąki gryczanej

sól do smaku

trochę wody (tak, żeby konsystencja była lekko gęsta)

białko (jajka całego nie dałam, bo to jedyny produkt, którym dzielę się ze swoim kotem: jedno żółtko tygodniowo, a sierść kota rośnie zdrowo! ;)

Na farsz potrzebujemy:

1 brokuła

1 cebulę

ząbek czosnku

puszkę pomidorów

pół puszki fasoli czerwonej (a jeszcze lepiej byłoby ugotować fasolę, np fasolę adzuki)

pół puszki kukurydzy

przyprawy wedle uznania

trochę kapusty pekińskiej

Zaczynamy od sosu- brokuła myjemy i gotujemy na parze

Cebulę szklimy na oleju rzepakowym, dodajemy czosnek

Gdy cebula zmięknie i będzie cacy- zalewamy ją pomidorami

Pod koniec gotowania dodajemy małe różyczki brokuła, kukurydzę i fasolę

Doprawiamy, zdejmujemy z ognia (niech lekko ostygnie)

W tym czasie bierzemy się za naleśnika

Wszystkie składniki mieszamy mikserem

Porządnie rozgrzewamy patelnię, wylewamy trochę oleju rzepakowego

Ciasto wylewamy na patelnię, podsmażamy naleśnika z obu stron na rumiany kolor

Naleśnika zdejmujemy z patelni, zawijamy w niego sos i dodajemy trochę kapusty

Voila! Tortilla gotowa!



 Naleśniki w każdej postaci

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Durszlak.pl Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
JemyZdrowo.pl