sobota, 30 maja 2015

Jakiś czas temu Michał Rusinek napisał książkę "Jak przeklinać? Poradnik dla dzieci" (swoją drogę pięknie zilustrowana). Myślę, że pieczone buraki mogłyby być również świetnym przekleństwem w wersji dziecięcej, pomimo że to raczej brukselka była przekleństwem dzieciństwa.

Moim znienawidzonym i "ja tego do buzi nie wezmę" warzywem był szpinak. To chyba dlatego, że w przedszkolnej stołówce wyglądał on NAPRAWDĘ obrzydliwie (zwykliśmy mawiać, że to trawa wymieszana z błotem położona na talerzu). A teraz proszę, wszystko co ze szpinakiem wzbudza we mnie zainteresowanie :)

Dziś proponuję Wam danie zawierające wszystko co lubię, czyli:

  1. buraki
  2. szpinak
  3. ser kozi
  4. (dodatkowo przyprawy i czosnek)

_IGP7158_2

Jest to idealna propozycja na lekki obiad. Można też zapakować do pracy i jeść na zimno albo po prostu zaserwować na imprezie :) W planach miałam zjedzenie tego z fasolką szparagową, ale sąsiedzi wykupili na targu :)

A przygotowanie jest niesamowicie proste:

Najpierw obieramy lub dokładnie myjemy szczotką buraki (jednak gdy są stare to polecam obrać)

Kroimy je w tej samej grubości, dosyć cienkie plasterki i układamy w żaroodpornym naczyniu wyłożonym papierem do pieczenia

Polewamy oliwą/ olejem rzepakowym (polewamy, nie zalewamy ;) nie przesadzajmy z ilością) i wrzucamy do rozgrzanego piekarnika na ok. 20-30 minut (aż zmiękną i będą miały konsystencję na pograniczu chrupkości i miękkości)

W tym czasie przygotowujemy sos:

W garnku rozmrażamy szpinak (ja dałam 3 kulki) w wodzie i mleku (pół na pół)- oczywiście w sezonie możecie też wykorzystać świeży szpinak i podgotować go aż do zmięknięcia

Pod koniec gotowania dodajemy spory ząbek czosnku i łyżkę sera koziego (ja użyłam takiego do smarowania), mieszamy intensywnie

Przyprawiamy do smaku

Gdy buraki będą gotowe- podajemy je z sosem i dobrą bułką/ bagietką

Smacznego!

_IGP7153_2

_IGP7164_2

17:12, dietoholic , na obiad
Link Komentarze (1) »
sobota, 23 maja 2015

Słowem wstępu nie z tej beczki: Baaardzo dziękuję Wam za megapochlebne komentarze! Domyślam się, że nawet nie domyślacie się jak bardzo miło jest mi je czytać :) Czerwienię się jak burak, więc teraz coś zielonego i pysznego, żebyście zzielenieli z zazdrości i szybko ruszyli na jakiś bazar po SZPARAGI!

Moja zielona miłość. Szkoda, że są dostępne tylko przez kilka tygodni...

Dziś proponuję Wam opcję z kaszą jaglaną i cytrynowym akcentem.

Kilka osób ostatnio pytało się mnie, z czym je jeść. Na moim blogu znajdziecie kilka opcji, ale generalnie moje doświadczenia ze szparagami wyglądają tak:

  • gdy są podawane solo: proponuję z sosem cytrynowym
  • gdy są podawane w obecności jakichkolwiek dodatków polecam jajko lub kozi ser

A dzisiaj trochę inny sposób podania:

 _IGP7132_2

Potrzebujemy:

Ok. 40g kaszy jaglanej

Kilka szparagów

Trochę rucoli

1 marchewki

Pół szklanki jogurtu

Skórki cytrynowej z połowy owocu

Musztardy, soli, odrobiny oliwy

 

Kaszę jaglaną zalewamy wodą, następnie wodę tę odlewamy, zalewamy kolejną partią wody i gotujemy (w ten sposób można się pozbyć goryczkowego posmaku)

W tym czasie gotujemy na parze szparagi- uważamy, żeby się nie rozgotowały!

Marchewkę kroimy bardzo bardzo drogno

W misce mieszamy rucolę z marchewką, po ugotowaniu dodajemy szparagi i kaszę

Na koniec podajemy z sosem- w szklance mieszamy jogurt z solą (lub innymi przyprawami), musztardą i oliwą. Dodajemy też skórkę z cytryny, ewentualnie dodajemy trocchę soku.

Sos wylewamy na sałatkę i szamiemy (albo pakujemy do pudełka i wcinamy w pracy)

Smacznego!

_IGP7115_2

_IGP7125_2

_IGP7119_2

PS. Wypróbowałam też inną, podobną wersję: owsianka (pół na pół na mleku i wodzie) ze szparagami i marchewką (podsmażone na oleju rzepakowym) i KONIECZNIE ze skórką cytrynową- pycha śniadanie!

Szparagowe<3Love

 

10:09, dietoholic
Link Komentarze (4) »
środa, 29 kwietnia 2015

Mój pobyt we Francji zbliża się do końca. Jednak jeszcze przed powrotem do Polski wykorzystałam cudowną okazję żeby odwiedzić moją przyjaciółkę (i autorkę bloga nasmak.pl w jednym) w Niemczech. Pogoda się lekko popsuła, więc postanowiłyśmy odpocząć od zwiedzania i spędzić deszczowy dzień w kuchni. Na szczęście jedną z niewielu książek zabranych z domu do niemieckiego akademika Oli była przecudowna wege książka kucharska "New Feast". Dobry wybór! Jak obie stwierdziłyśmy- aktualnie książki kucharskie służą bardziej do kulinarnej inspiracji niż jako źródło przepisów, bo te równie dobrze możemy znaleźć za darmo w internecie. Ale od TYCH zdjęć ślina sama do ust napływa!

Postanowiłyśmy zrobić sałatkę z granatem, orzechami i pewnym serowym dressingiem. Jednak w sklepie się okazało, że granat zbyt drogi na studencką kieszeń a zachodnich przypraw na pewno nie znajdziemy, więc powstało co powstało:

_IGP7005_3b

_IGP6987_2b

Powstała przepyszna sałatka z kozim serem i truskawkami (oczywiście byłaby jeszcze lepsza w środku sezonu, ale nawet teraz się nią delektowałyśmy)

Czego potrzebujemy?

miksu sałat: u nas sałata masłowa, rukola i radicchio

garść orzechów włoskich

100g koziego sera (w kostce)

ok. 300g truskawek

miodowego vinegrette (miód, sok z cytryny, oliwa, troszkę soli, główka świeżego czosnku)

1 cebuli, najlepiej czerwonej

 

Sałatę rwiemy na mniejsze kawałki i mieszamy w dużej misce

Truskawki tniemy na cząstki, dodajemy do sałat

W tym czasie prażymy orzechy włoskie na lekko złoty kolor, dodamy je na koniec do sałatki

Cebulę szatkujemy lub kroimy w piórka, dodajemy do miski

Na koniec ser rwiemy na drobne kawałki i wszystko polewamy przepysznym vinegrettem (pamiętajcie, żeby czosnek pokroić w naprawdę małe cząstki)

Podajemy z pełnoziarnistą bagietką (akcent francuski!)

Smacznego!

_IGP6991_2b

 

_IGP6977_2b

_IGP6984_2b

_IGP7009_2b

 

16:45, dietoholic , sałatki
Link Komentarze (8) »
środa, 08 kwietnia 2015

Tyle się nachwaliłam o tym, że studiuję we Francji, a ani słowa jeszcze nie powiedziałam o najbardziej znanym francuskim zjawisku- Francuskim Paradoksie! Już to naprawiam :)

 

Definicja francuskiego paradoksu brzmi "występująca we Francji niższa niż przewidywana śmiertelność spowodowana chorobami serca, pomimo wysokiego poziomu spożycia tłuszczów nasyconych występujących m.in w serach, fois gras i tłustych sosach". Za główną przyczynę występowania tego zjawiska uważa się wysoką (ale nie za wysoką) konsumpcję wina. Jednak innymi czynnikami są też: niższa konsumpcja produktów typu fast-food, wyższa różnorodność diety i niższy poziom spożycia mleka, za to zastępowanie go jogurtami i innymi mlecznymi produktami fermentowanymi.

Co oznacza "wysoka, ale nie za wysoka" ilość spożywanego wina? Uznano, że działanie prewencyjne na choroby serca mają 2-3 kieliszki (230-345 ml) wina. Wyższa i niższa ilość może przyczyniać się do większego ryzyka występowania chorób serca. Oczywiście nie namawiam tutaj do codziennego picia! Warto jednak czasem wybrać kieliszek wina zamiast piwa czy drinka pełnego pomarańczowego soku lub innych dodatków pełnych cukru. Badania pokazują również, że amatorzy wina częściej spożywają produkty zdrowsze, niskotłuszczowe (a gdy wybierają tłuszcz to ten z lepszego źródła). Natomiast miłośnicy piwa częściej sięgają po czipsy, frytki, produkty wysokotłuszczowe i wysokoprzetworzone (jak ketchup czy majonez). Warto jednak podkreślić, że o ile umiarkowane spożycie alkoholu może przyczynić się do prewencji chorób serca, to jego nadmierna konsumpcja zwiększy to ryzyko.

Spożycie czerwonego wina może być korzystne dla zdrowia ze względu na dużą zawartość polifenoli (wśród których najbardziej znanym jest resweratrol). korzystne działanie wina podzielona na dwa elementy. Związane z obecnością alkoholu: zwiększające stosunek "dobrego" (HDL) do "złego" (LDL) cholesterolu i zmniejszające agregację płytki miażdżycowej oraz związane z obecnością polifenoli, polegające na zmniejszeniu stresu oksydatywnego i stanów zapalnych, a również zwiększenie wydzielania tlenku azotu, który odpowiedzialny jest za relaksację naczyń krwionośnych czyli łatwiejszy przepływ krwi i rozszerzenie średnicy naczyń krwionośnych. Resweratrol (antyoksydant należący do rodziny polifenoli) ma działanie anynowotworowe, przeciwwirusowe, neuroprotekcyjne, przeciwzapalne i może również opóźniać okres starzenia. Samo zdrowie! Za to cała rodzina polifenoli hamuje rozwój miażdżycy i zapobiega odkładaniu tłuszczu na ścianach naczyń krwionośnych. Są też związki z rodziny polifenoli, które działają dokładnie tak samo jak estradiol (żeński hormon z rodziny estrogenów), przyczyniając się do zwiększenia produkcji wspomnianego wcześniej tlenku azotu, co prowadzi do zmniejszenia ryzyka wystąpienia chorób serca. Jest to niezmiernie istotne dla kobiet po menopauzie, których organizm produkuje o wiele mniej estradiolu niż w młodości. Takie kobiety mogą w pewnym sensie zastąpić działanie estradiolu konkretnymi polifenolami.

Na początku tej notki wspomniałam jednak, że nie wszystko zawdzięczamy winu, ponieważ nie tylko tym faktem nasza dieta się różni od diety francuskiej. Zauważono, że Francuzi spożywają o wiele mniej mleka, zastępując go fermentowanymi produktami mlecznymi- jogurtami i serem. Naukowcy odkryli, że duże dawki mleka (powyżej 3 szklanek dziennie) mogą przyczyniać się do rozwoju stanu zapalnego i stresu oksydatywnego (prowadzącego między innymi do rozwoju działania rakotwórczych wolnych rodników) oraz miażdżycy. Dla Francuzów źródłem wapnia są między innymi sery. Najnowsze badania wykryły w nich obecność nowych białek przyczyniających się do regulacji ciśnienia krwi. Dodatkowo sery pleśniowe zawierają substancje mające działanie przeciwzapalne, a rodzina pleśni rozwijająca się na tych serach może hamować biosyntezę cholesterolu. Jednak warto we wszystkich tych zaletach pamiętać o fakcie, że sery te zawierają też spore ilości tłuszczu, więc nie należy przesadzać z ich nadmierną konsumpcję! Sery, wino- wszystko z umiarem...

A jeżeli o umiarze mowa... Częścią paradoksu francuskiego są też rozmiary porcji. Klasyczna porcja serwowana we francuskich restauracjach jest średnio o 25% mniejsza niż ta, która jest serwowana w Filadelfii. Jednak należy pamiętać, że to amerykańskie miasto słynie w typowych, wielkich amerykańskich porcji, a w innych regionach USA porcje nie są AŻ tak duże. Amerykanie jedzą więcej i szybciej, nie celebrują posiłku tak jak Francuzi. A wraz z wielkością porcji wzrasta również, niestety, wielkość spożycia...W połączeniu w szybką konsumpcją dale to nam bardzo negatywny efekt, ponieważ nasz organizm w tak krótkim czasie nie dostaje informacji o poziomie nasycenia tak wielką porcją i mamy wrażenie, że jeszcze możemy coś zjeść.

Dodatkowo jednym z elementów francuskiego paradoksu jest różnorodność diety. Produkty spożywcze można podzielić m.in na 5 grup:

  • produkty zbożowe i ziemniaki
  • mięso, drób i ryby
  • owoce i warzywa
  • nabiał i jaja
  • słodycze i tłuszcze

Jedno z badań wykazało, że o ile wśród francuskiej populacji osiągnięcie pełnej różnorodności diety (czyli spożywanie produktów ze wszystkich grup) w większości zajmuje 2 dni, to w ciągu tego samego czasu jedynie 33% Amerykanów spożywa produkty ze wszystkich wymienionych grup.

Podsumowując- francuskiego paradoksu nie należy postrzegać tylko pod pryzmatem wysokiej konsumpcji wina. Na zjawisko to składa się wiele elementów i dopiero jako całość może być uznane jako element zapobiegający takim chorobom jak otyłość, nadciśnienie czy miażdżyca. Dodatkowo należy zwrócić uwagę na fakt, że francuska dieta ma wiele zalet, ale nie jest też pozbawiona wad. Aktualnie Francuzi jedzą dużo frytek i białego pieczywa, co nie jest oceniane jako najlepszy wzór żywieniowy. No i skądś jakoś bierze się to otyłe, w 20% społeczeństwo... Nie każdy Francuz jest koneserem wina i serów, tak samo nie każdy Francuz je zdrowo i powoli delektuje się każdym posiłkiem. Jednak z pewnością możemy brać z Francuzów przykład w pewnych kwestiach, na przykład wprowadzając elementy francuskiego paradoksu do swojej diety.

Dla spragnionych wiedzy:

poniedziałek, 06 kwietnia 2015

Buraki, brokuły- chyba po prostu uwielbiam wszystkie warzywa rozpoczynające się na literę B!

Gdy teraz myślę o pierwszym moim skojarzeniu z brokułami przypomina mi się reklama jakiejś lodówki (Whirpool?), gdzie autor wyłożył całą lodówkę brokułami tak, że wyglądały one jak małe drzewka. Cóż... teraz producenci przyciągają nas lodówkami wypchanymi po brzegi coca-colą, czy można to uznać za element amerykanizacji?

Wielu z nas uważa cytrusy za najlepsze źródło witaminy C. Co bardziej zainteresowani przywołaliby tu ziemniaka, który jest źródłem tego składnika ze względu na wysokie jego spożycie, a nie wysoką zawartość witaminy C w 100g produktu. W świat poszła również plotka o natce pietruszki i brukselce, ale przyznajmy szczerze- nie są to produkty spożywane w zbyt dużych ilościach- większość z nas brukselką jest zrażona od wczesnego dzieciństwa, a natkę pietruszki używa tylko jako dodatek do dania w ilości szczypty (maksymalnie dwóch).

No to pozwólcie, że przypomną wam o innej "plotce"- brokuł może też być dobrym źródłem witaminy C. Dlaczego powiedziałam "może być" a nie "jest"? Otóż warto zaznaczyć, że zawartość tej witaminy zależy od obróbki kulinarnej. Niewielu z nas jada brokuły na surowo (robi to na przykład mój tata, ale może nie będę tu wcinać takich prywatnych dygresji ;)). I w sumie dobrze, bo nie są one dobrze trawione w stanie surowym oraz mogą się przyczynić do tworzenia wola endemicznego (szczegóły wkrótce). Klasyczne gotowanie brokułów wiąże się z dużą stratą witaminy C, dlatego jeżeli wybieramy ten rodzaj obróbki należy: a. wrzucić brokuły do wrzącej wody, żeby maksymalnie skrócić czas gotowania; b. użyć również trzonu brokuła, bo w nim straty witamin są o wiele mniejsze niż w różyczkach. Podczas gotowania większość witaminy C "ucieka" i rozpuszcza się w wodzie, dlatego warto też użyć wody, w której gotujemy brokuły do zrobienia np. zupy. Bulion ten można też zamrozić i wykorzystać w przyszłości. Jednak badania wykazują, że najmniejsze straty składników mineralnych występują gdy brokuła gotujemy na parze.

Co jeszcze należy powiedzieć o brokule? Wspomniałam o tworzeniu wola endemicznego. Do tego przyczyniają się goitrogeny i glukozynolany obecne we wszystkich warzywach krzyżowych (czyli również w kapuście, kalafiorze, rzodkiewce, gorczycy i wielkanocnej rzeżusze). Jednak na skutek działanie enzymu mirozynazy, uwalnianego podczas uszkodzenia tkanek roślin, glukozynolany mogą być zhydrolizowane, czyli ich działanie będzie ograniczone. Warzywa krzyżowe wystarczy ugotować bez pokrywki w min. 90stC, żeby enzym ten zaczął działać.

A teraz przejdźmy do rzeczy- Oto brokułowy bulgur! (przepraszam za jakość zdjęcia)

Do wykonania potrzebujemy:

Kaszy bulgur (ok.40g/osobę)

Cebuli

Pomidorów w puszce

Połowy brokuła

Ulubionych przypraw

 

Zaczynamy od ugotowania kaszy we wrzącej wodzie- niech się gotuje podczas przygotowywania reszty dania

Cebulkę podsmażamy na oleju rzepakowym

Na patelnię dorzucamy podzielonego na różyczki brokuła, zaczynając od "grubszych" części (łodygi), a na różyczkach kończąc

Gdy brokuł będzie chrupki i zarumieniony- dodajemy puszkę pomidorów w puszce

Całość przyprawiamy do smaku, łączymy w kaszą i podajemy na stół

Smacznego!

poniedziałek, 30 marca 2015

Ajajaj. Troszkę zaniedbałam tego bloga i jego czytelników nie publikując żadnych notek, ale już to naprawiam!

Francja to kraj serów, chleba i generalnie dobrej kuchni więc studiując tutaj powinnam Was zasypywać przepisami z taką prędkością, że nie wyrabialibyście się z gotowaniem. A tu nic. Mam nadzieję że poniższym daniem zrekompensuję moje milczenie :)

Jeszcze będąc w Polsce quiche był dla mnie daniem, które wywoływało uśmiech na twarzy. Pracując w gastronomii przez niemalże 4 lata (a wszystkie lokale reklamowały się jako francuskie) słyszałam chyba wszelkie wersje wymowy tego słowa. Były kosze, kusze, kisze i kłiche. Ale moim faworytem jest KŁAJCZ.

Przeważnie nie jestem fanką tego dania. Gdy zdarzało mi się takie jadać w różnych warszawskich lokalach, za każdym razem byłam zawiedziona. Pomimo, że nazwa przyciągała bakłażanem, brokułem, papryką i innymi pysznościami, w daniu tym przeważało półfrancuskie ciasto i mnóstwo masy jajeczno-śmietanowej lub beszamelowej, a warzyw było tyle co kot napłakał... Jednak po moich wcześniej wspomnianych zajęciach (french family cooking) zmieniłam opinię co do tego dania. Bo, owszem, quiche zawierał masę i ciasto, ale był również wypełniony po brzegi aromatycznymi dodatkami. I to uczyniło z niego pyszne danie, którym się zajadałam z dokładkami :)

(przepraszam za komentarze i złej jakości zdjęcie, ale w aktualnych warunkach muszę sobie jakoś radzić robiąc zdjęcia telefonem)

Na 1 sporego quicha, ok. 8 porcji potrzebujemy:

składniki na ciasto: można pójść na łatwiznę i kupić mrożone ciasto kruche albo zrobić własną tartę np bazując na tym przepisie

8 jajek

150g śmietany 18% (myślę, że można w całości lub większości zastąpić jogurtem, w szczególności greckim)

70 g tartego sera na wierzch

4 szczypty soli

mnóstwo aromatycznych świeżych ziół- tyle, żeby na cieście zrobiła się "górka" (podczas pieczenia i tak objętość się zmniejszy). mogą to być:

- pietruszka (główny składnik w oryginalnym daniu)

- bazylia

- rozmaryn

- seler

- szałwia

- szczypiorek

- oregano

 

Na początku przygotowujemy spód. Albo według powyższego przepisu, albo po prostu rozmrożone ciasto rozkładamy w okrągłej formie i nakłuwamy lekko widelcem

W przypadku ciasta przygotowanego własnoręcznie- przed przejściem do kolejnych etapów musimy odczekać, aż spód trochę przestygnie

W tym czasie zabieramy się za masę jajeczną- mieszamy śmietanę z jajkami, dodajemy sól lub inne sypkie przyprawy

Zioła szatkujemy na średniej wielkości, nie za małe kawałki

Gdy spód ostygnie wysypujemy na niego zioła. Dodajemy ich tak dużo, żebyście pomyśleli że zaraz wam zaczną wypadać z formy

Wszystko zalewamy masą jajeczną, wierzch oprószamy tartym serem (parmezan, ementaler, gouda- co tylko chcecie)

Wkładamy do rozgrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy ok. 25-30 minut. Quiche będzie gotowy, gdy po wsadzeniu do niego noża ostrze będzie suche

bon apetit!

środa, 04 marca 2015

Delikatny i rozpływający się w ustach. Przypominający lody czekoladowe, bo przed podaniem przetrzymywany przez 2h w lodówce. I bardzo łatwy w wykonaniu! Doskonały deser do kolacji, gdy chcemy przekonać gości, że jesteśmy świetnymi kucharkami (lub kucharzami).

Aktualnie studiuję we Francji i na szczęście wśród moich zajęć znalazło się "French family cooking". Więc większość czasu spędzam w kuchni przygotowując pyszne dania na spokojnie, bez pośpiechu. To cudowne, że Francuzi mają zwyczaj celebrowania gotowania i jedzenia. Niestety w dzisiejszych czasach zapominamy o ucztowaniu i docenianiu posiłku, jemy jak najwięcej i jak najszybciej, bo przecież mamy tyle zajęć i obowiązków na głowie. Ale dzisiejszy przepis musi być wykonany na spokojnie, w miłej atmosferze, a każdy kęs celebrowany jakby to był nasz ostatni posiłek ;) bo przy tym deserze nie ma się co spieszyć, chyba że martwimy się, że ktoś nam zaraz sprzątnie resztę sprzed nosa...

Niestety nasze desery nie były serwowane w kokilkach tylko nakładane łyżką, więc na zdjęciu zobaczylibyście tylko brązową paćkę. Dlatego posłużę się zdjęciem znalezionym w internecie:



źródło: http://www.dongusto.at/schnelle-rezepte-mousse-au-chocolat/

na ok 4 porcje potrzebujemy:

50 ml mleka

pół laski wanilii (ew. można użyć aromatu lub cukru waniliowego, ale wiadomo że naturalna wanilia lepsza)

3 jajka

100g ciemnej, deserowej lub mlecznej czekolady (lub mixu jak wolimy)

10 g cukru

 

Wykonanie:

Najpierw oddzielamy białka od żółtek

Teraz z laski wanilii wydobywamy ziarenka- przecinamy laskę wzdłuż, rozchylamy oba powstałe "płatki" i tępą stroną noża przesuwamy ziarenka wzdłuż laski

Ziarenka mieszamy z mlekiem i lekko podgrzewamy

Do żółtek dodajemy cukier i odstawiamy na bok, bo w tym czasie:

W kąpieli wodnej roztapiamy pokrojoną na średniej wielkości kawałki czekoladę

Gdy się roztopi- w kąpieli wodnej umieszczamy żółtka z cukrem, energicznie ubijamy

Teraz mieszamy czekoladę z żółtkami i mlekiem

Ubijamy pianę z białek- trzepaczką (tak jak my na zajęciach) lub w mikserze na sztywną pianę

Delikatnie, szpatułką, wprowadzamy białko do masy czekoladowej

Mus przekładamy do kokilek i zostawiamy na 2 godziny w lodówce (przykryte folią). Ewentualnie można też zostawić taką masę w misce, a tuż przed podaniem nakładać na talerze łyżką

Tuż przed podaniem można przyozdobić owocami (naturalnymi lub suszonymi) lub na wszelkie inne sposoby :)

Bon appetit!

Tagi: czekolada
15:42, dietoholic , na słodko
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Gdybyście mnie poznali, na pewno byście zauważyli, że nie należę do osób interesujących się modą. Owszem, czasem przejrzę jakieś pismo poświęcone modzie, żyjąc w stolicy nie da się ominąć sklepów z "modowymi nowinkami" na manekinach czy billboardów z wychudzoną modelką prezentującą ciuchy "na topie". Jednak nigdy się tym tak na prawdę nie interesowałam, nie zależało mi na tym, żeby moja szafa się zmieniała co sezon, nigdy też nie marzyłam o torebce od Prady czy D&G... W podstawówce zamiast Ich Troje i Tatu wolałam posłuchać Led Zeppelin i Pidżamy Porno (oczywiście akurat w tej kwestii nie obyło się bez wpływu starszego rodzeństwa, sama nie wiem na kogo bym bez nich wyrosła :) ).

Jednak jest jedna moda, która mi się podoba. A mianowicie- moda na dobre nawyki żywieniowe i zdrowe odżywianie. Żyję w Warszawie od urodzenia. Wegetarianką jestem od 10 lat i jakoś czasami musiałam sobie przez ten czas radzić z żywieniem na mieście. Co mogłam zjeść w knajpie kiedyś? Hmm... powiedzmy- niewiele. A jak już wiele, to węglowodanów prostych i tłuszczu. Do wyboru miałam naleśniki (oczywiście z serem, na wytrawne musiałam poczekać kilka lat!), pierogi (ruskie tylko ze skwarkami ;) ), makaron z sosem pomidorowym, a z tych dań "bardziej fit": sałatka grecka. Warto wspomnieć, że kelnerzy na początku proponowali filet z łososia, a gdy okazało się, że ryby też nie wchodzą w grę- wtedy mieli niewielkie pole do popisu...

Jednak od jakiegoś czasu się to powoli zmienia. Po pierwsze- coraz więcej osób wybiera dietę wegetariańską (ba! istnieje też coraz szersze grono zwolenników weganizmu). Dlatego też właścicielom lokali gastronomicznych opłaca się wprowadzać nowe produkty, bo istnieje większy popyt na produkty bezmięsne. Ale w "zdrowej diecie" nie chodzi tylko o eliminację mięsa, które samo w sobie, przy odpowiednim wyborze gatunku i jakości, nie wpływa negatywnie na nasze zdrowie. Dopiero niewłaściwa obróbka mięsa czy jego nadmierne spożycie może przyczyniać się do chorób dietozależnych. Na warszawskim gastro-rynku (a myślę, że w innych miastach trend jest podobny) powstało coraz więcej knajp stawiających na dobrą jakość produktów, odpowiednie zbilansowanie swoich dań, właściwą obróbkę termiczną czy eliminację nasyconych kwasów tłuszczowych i węglowodanów prostych. Chodzi tu o zamienienie buły na kaszę, masła na olej rzepakowy, a smażenia na gotowanie na parze.

A teraz trochę przykładów. Jestem pewna, że nie wymienię wszystkich lokali respektujących zasady slow-foodu...

1. Do napisania tej notki zainspirowała mnie wizyta w bioway. Lokal znajduje się w centrum Warszawy, tuż obok "lanserskiej Chmielnej". Skoro zdrowie jest "in fashion" to wszystkich trand-setterów zapraszam na ul. Zgoda 3. Przestronny lokal, jak dla mnie o lekko zbyt chłodnym charakterze, pomieści wiele zgłodniałych zdrowia amatorów kuchni wegetariańskiej, wegańskiej i bezglutenowej. Na takie też sekcje jest podzielone ich menu. Gdy podeszłam do jednego z pracowników i poprosiłam o doradzenie, sam powiedział, że wszystko jest dobre i nie jest pewien co polecić :) Wszystkie dania są gotowane na parze, ewentualnie lekko podsmażane, jeżeli przepis tego wymaga. Dodatkiem do dań są surówki- w porcji należą się 3 rodzaje, a do wyboru było chyba 6 różnych. Zdecydowanie polecam- da się najeść i na dodatek zjeść smacznie!

2. "W gruncie rzeczy" to zapraszam na Hożą. Tam też da się smaczny dobry lunch. W zestawie zupa i drugie, składające się przeważnie z kaszy i dodatku mocnowarzywnego. Knajpa jest wegańska, da się też tu zjeść bezmleczny i bezjajeczny deser- są ciasta z fasoli, tofuczniki, chałwowe rafaello czy jaglane pyszności na słodko. Przyznam szczerze- zdarzyło mi się, że niektóre dania nie były dla mojego podniebienia PRZEPYSZNE, ale fajna obsługa i kolejne wizyty to zrekompensowały.

3. Najświeższe odkrycie- Gruszki Pietruszki. Pyszne jedzenie, profesjonalna obsługa (albo przynajmniej mi się trafiła świetna kelnerka), czego chcieć więcej! Dania wegetariańskie i wegańskie. Codziennie, oprócz dań z karty, jest też propozycja lunchu. Jadłam taki- niebo w gębie! Aż odechciewa się wsunięcia go w całości na raz, jak to bywa w fast-foodach. Smakiem i widokiem zachęca do długiej degustacji. Dla smakoszy win: widziałam duży wybór win, grzańców i innych alkoholi. Nie próbowałam, bo poszłam tam przed treningiem, ale każdego zachęcam do zajścia na Garbarską 3 (róg Mariensztatu) i sprawdzenia na własne... kubki smakowe ;)

4. Lokale bardziej mięsne, ale z opcją wegetariańską:

My'o'my- to tu zjadłam pierwszego wegetariańskieo burgera! Ale da się też zjeść dobre sałatki (mniam... polecam buraka z gorgonzollą!), są porządne śniadania, dobre koktajle... Znajdziecie tu też domowe ciasta, smaczne zupy i dobrą kawę (to tu też widziałam po raz pierwszy aeropressa). Zajrzyjcie na ul. Szpitalną 8 (znowu okolice chmielnej, można zaliczyć 2 lokale za jednym razem ;) )

Niezłe ziółko- pyszne, warzywne koktajle, smaczne zupy, razowe bagietki, a wszystko w przyjaznym, jak na moje oko ciekawie urządzonym lokalu. Fani quiche'ów i domowych ciast oraz ciasteczek też znajdą tu coś dla siebie. Zapraszam na Kruczą 17.

Bułkę przez bibułkę- dobre kanapki, codziennie inne zupy, co miesiąc inna "sałatka miesiąca", a oprócz tego w karcie stała oferta- mnie zachwyciła sałatka z karmelizowaną gruszką i gorgonzollą. Kolejny lokal przy chmielnej- tuż obok bioway. Oprócz tego mają jeszcze "pierwotny" lokal na Puławskiej 24. Ciekawostka- jedyna knajpa "prawnie" oferująca EKSPRESSO- przy barze, na szybcika, płacisz tylko piątaka, a kopie jak trzeba ;)

5. Cała gama hummus&falafel barów. Zdrowsza alternatywa kebabów. A dobry hummus i falafel nie jest czymś oczywistym- przetestowałam kilka kebabów i smak nawet do pięt nie dorasta falaflom z Mezze czy Laflaf. Polecam! Kocham hummus, mówiłam to już? W takiej knajpie da się najeść i... uzupełnić białko ;)

6. I jeszcze jedna zdrowsza alternatywa- tym razem wobec burgerów z McDonalda i tego typu lokali. Zdrowe burgery są coraz bardziej na topie, a burgerownie ciągle prześcigają się w różnych alternatywach wegetariańskich kotletów- buraczane, sojowe, pieczarkowe, jakie tylko chcecie! A gdzie zjeść smacznie i zdrowo? Między bułkami, w Krowarzywach, w my'o'my też dostaniecie. I nagle się okazuje, że między bułki można włożyć nie tylko steka, ale też warzywa, dużo zieleniny i zdrowego, wegetariańskiego kotleta! ;)

A jakie są Wasze ulubione "zdrowe" knajpki? Koniecznie dajcie znać!

Smacznego eksplorowania Warszawy... i innych miejsc. Niedługo może więcej recenzji lokali z innego zakątka świata ;)

niedziela, 18 stycznia 2015

 

Kiedyś byłam fanką włoskiej kuchni. Chyba głównie dlatego, że nie ma prostszego obiadu niż ugotowanie makaronu i zrobienie sosu. Niestety, jak byłam mała to w naszym domu ratowaliśmy się takimi rozwiązaniami. Gdy w gimnazjum poszłam na konsultację dietetyczną usłyszałam, że moja dieta to "śmieciowe jedzenie"...

Potem zaczęłam się interesować zdrowym odżywianiem, odkryłam KASZE. Jaglana, gryczana, pęczak, quinoa- teraz kocham je wszystkie ;) Ale wczoraj naszła mnie ochota na dobry makaron ze szpinakiem. Wybrałam ten pełnoziarnisty i zrobiłam to danie w takiej wersji, jaką najbardziej lubię- o wiele więcej sosu niż samych klusek. Więc wyszło pożywnie i z większą zawartością witamin i błonnika, niż w przypadku zwykłego makaronu pszennego. Zobaczcie sami:

Potrzebujemy:

trochę makaronu pełnoziarnistego lub durum (ja zawsze daję ok. 30-35g na osobę)

trochę mrożonego szpinaku (u mnie 3 "kulki" z hortexu)

1 buraka

trochę sera twarogowego- ok. łyżki

trochę (też ok. łyżki) jogurtu lub serka homogenizowanego (najlepiej wybrać taki o małej zawartości nasyconych kwasów tłuszczowych)

1 cebulę

1 ząbek czosnku

przyprawy do smaku

 

W garnku gotujemy makaron i szpinak (dla "dwugarnkowców" z ograniczoną ilością palników można te dwie rzeczy gotować razem- wymagają mniej więcej tego samego czasu gotowania ;) )

W tym czasie na łyżce oleju rzepakowego podsmażamy cebulę i buraka, dusimy z dodatkiem wody, żeby burak nie był zbyt twardy

Teraz macie chwilkę czasu na dobrą książkę, fragment serialu albo po prostu obczajenie facebooka ;) pamiętajcie tylko, żeby co jakiś czas zamieszać cebulę

Gdy szpinak będzie już gotowy, a makaron będzie al dente- macie 2 opcje: możecie zmiksować trochę sos, żeby miał konsystencję odpowiadającą słowu "sos" :) albo możecie zostawić warzywa w takiej formie, w jakiej są. Ja wybrałam opcję "sos", dlatego do buraka i cebuli dorzuciłam szpinak, starty ząbek czosnku, twaróg i jogurt, a następnie wrzuciłam do blendera

Pamiętajcie, żeby produkty ze szpinakiem jeść z jakimiś źródłami wapnia- szpinak zawiera w sobie szczawiany. Mają one to do siebie, że nie związane z wapniem mogą odkładać się w nerkach i tworzyć złogi szczawianowe- przyczynę wielu chorób nerek. A jeżeli nie dostarczycie szczawianom wapnia bezpośrednio w posiłku (np. wiążąc szpinak z produktami mlecznymi), to on sobie ten wapń zabierze np. z kości. A osteoporoza jest coraz bardziej powszechna i od niedawna zalicza się ją do chorób cywilizacyjnych, więc dbajmy o odpowiednie wysycenie kości wapniem!

Ale wróćmy do gotowania- miksujemy wszystko, doprawiamy, łączymy z makaronem i voila! pyszny obiad gotowy :)

Smacznego!

Burak cukrowy Zima  we Włoszech Zdrowy obiad

wtorek, 06 stycznia 2015

Kasza + Mus dyniowy + Burak

We Francji dziś świętują Święto Trzech Króli zajadając się Galette de Rois. Znalezienie figurki i zostanie królem jest tylko pretekstem do spróbowania tego migdałowego ciasta francuskiego. Ale ja (jeszcze) nie jestem we Francji, więc serwuję Wam dzisiaj trochę bardziej polskie, przepyszne danie:

Potrzebujemy:

ok. 30-40g kaszy jęczmiennej (u mnie pęczak)

1 buraka

1 cebulę

kilka sztuk czarnych oliwek

Puree z dyni- ok. 100-150g, doprawionego lekko cynamonem

soli, pieprzu i jakich tam chcemy przypraw

 

Kaszę gotujemy przez ok 30 minut do uzyskania odpowiedniej miękkości

W tym czasie podsmażamy cebulę i dodajemy drobno pokrojonego buraka

Gdy zalążek sosu zmięknie- dodajemy puree z dyni

Przyprawiamy, dodajemy oliwki i gdy kasza zmięknie- łączymy kaszę z sosem

Smacznego!

Zimowy obiad wegański Zdrowy obiad Burak cukrowy

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Durszlak.pl Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
JemyZdrowo.pl