niedziela, 25 września 2011

Każdy z nas na pewno zna jakiegoś truskawkożercę, który je te owoce na śniadanie, obiad i kolację jak tylko pojawią się one na stoiskach owocowo- warzywnych. Znani są też tacy, którzy tak samo mogą jeść na okrągło fasolkę szparagową. Ja natomiast- mogłabym się żywić tylko i wyłącznie śliwkami.

Co roku obiecywałam sobie, że sama zrobię powidła śliwkowe, ale jakimś dziwnym sposobem śliwki, zamiast do garnka, trafiały prosto do mojego żołądka. Wczoraj udało się! Mam to szczęście, że mieszkanie do którego właśnie się przeprowadziłam, jest usytuowane jakieś 100 metrów od wspaniałego targu. Przechadzając się po stoiskach trafiłam na przemiłego pana, który zamiast wyrzucać trochę gorsze śliwki- sprzedaje je za 2 złote jako „śliwki na kompot”. Nie musze już chyba wspominać, że od tego czasu jest to moje ulubione stoisko. Zadowolona kupiłam pół kilo (na próbę- niedługo ruszy masowa produkcja) i upichciłam zdrowe powidła śliwkowe- bez konserwantów i innych utrwalaczy. Oto efekt:

A jak takie cudo przygotować? Nic prostszego! Potrzebujemy tylko… śliwek i trochę czasu

Śliwki pestkujemy, kroimy na mniejsze cząstki. Ich ilość zależy od Was- na koniec zostaje mniej więcej 1/3 początkowej objętości. Owoce wrzucamy do garnka, gotujemy na małym ogniu przez 3 dni (codziennie po godzinie). Gdy nasze powidła będą miały już właściwą konsystencję- przekładamy do słoików i zostawiamy na zimowe wieczory.

Robiąc kolejne powidła, dodałam trochę pokrojonej w cząstki pomarańczy oraz skórkę pomarańczową. (zamiast wyrzucać- odkrajamy ze skórki białą część, tak żeby została nam bardzo cienka warstwa. następnie kroimy drobno, wrzucamy do garnka z wodą i cukrem (ja użyłam miodu), gotujemy aż zmięknie i będzie dobra w smaku)

Powidła świetnie nadają się do piernika- przepis będzie w grudniu

Smacznego!



poniedziałek, 19 września 2011

Od niedawna jestem uzależniona od musli. Żądza zjedzenia owocowego musli z jogurtem jest często silniejsza ode mnie. Cóż… pocieszam się tylko tym, że lepiej mieć potrzebę zjedzenia czegoś zdrowego i błonnikowego, niż np. tabliczki czekolady albo Fast-foodu.

A wiecie jakie musli jest najlepsze? Odpowiedź jest prosta i zawsze ta sama- domowej roboty

Jak zrobić musli/ granolę w domu? Nic prostszego! Potrzebujemy:

 

Trochę płatków owsianych

Trochę nasion/ orzechów- wedle uznania. Polecam orzechy włoskie, migdały i jak zawsze-  pestki słonecznika

Trochę suszonych owoców- rodzynki, morele, żurawina (na co tylko macie ochotę)

Trochę imbiru

Trochę miodu

Trochę cynamonu

 

Jak widzicie- proporcje nie są dokładne- wszystko zależy od tego, czy chcecie zrobić sobie małą miseczkę granoli, czy zrobić zapas na miesiąc (uwaga! Zapasy na miesiąc przeważnie kończą się po tygodniu ;) )

 Nasiona na początku przyrumieniam w teflonowym rondelku (bez żadnego tłuszczu), żeby się uprażyły. Następnie wrzucam wszystkie składniki do miski (oprócz suszonych owoców)- imbir najlepiej zetrzeć na tarce. Wykładam na blachę i wkładam do piekarnika rozgrzanego do ok. 180 stopni. Czekam, aż wszystko się ładnie przyrumieni, co jakiś czas mieszam zawartość blachy. Gdy już nasza granola będzie przyrumieniona- wyjmuję z piekarnika, dorzucam pokrojone w cząstki suszone owoce i gotowe. Dodać trochę jogurtu, dokroić świeżych owoców i mamy pyszne śniadanie!

 

Smacznego!



niedziela, 11 września 2011

Źródło minerałów. Dużo witaminy C. 16 wolnych aminokwasów. Źródło błonnika. Cała masa zdrowych cukrów- fruktozy, sacharozy, glukozy. Flawonoidy działające przeciwkancerogennie.

To (wbrew pozorom) nie reklama najnowszych tabletek- cud, a działanie warzywa często przez nas zapominanego, który świetnie uprawia się w Polsce. Kapusta jest świetna dla osób na diecie- mało kalorii, za to zapycha jak żadne inne warzywo. Przeciwdziała też powstawaniu cukrzycy typu 2 (coraz częściej spotykanego) i, jak wszyscy wiemy, jest świetna na kaca. Kapuśniak po imprezie? O tak. Pomyślę nad tym przy najbliższej parapetówce w moim nowym mieszkaniu.

A oto pyszny, kapustno-jabłkowy obiad

Potrzebujemy czerwonej kapusty, jabłek, jogurtu, ja dodałam też rodzynki i nasiona słonecznika.

Kapustę szatkujemy, wrzucamy do garnka, dolewamy wody i gotujemy. Dodajemy jabłka pokrojone na małe cząstki. Gdy kapusta trochę zmięknie, dodajemy rodzynki. Po ugotowaniu (kapusta ma być już stosunkowo miękka) nakładamy na talerz, dodajemy jogurt i (opcjonalnie) nasiona lub orzechy włoskie. Voila. Mamy pyszny obiad.

Smacznego!



20:31, dietoholic , na obiad
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 września 2011

Z czym się kojarzy? Na pewno jest wielu takich, którzy nienawidzą jej tylko dlatego, że babcia wciskała im ją na obiad jako zdrowe jarzynki. Prawdę mówiąc- ja nie mam takiej traumy, bo też brukselka nie była stałym gościem na moim obiadowym talerzu. Może dlatego też nie miałam zahamowań, żeby przyrządzić sobie taką sałatkę!

 

Przepis na przepyszną sałatkę z brukselki i grapefruita

(nigdy nie wpadłabym na to połączenie- dzięki Bogu mamy tak wiele książek kucharskich!)

 

100-150 g brukselki

Pół grapefruita (ja wzięłam chyba ok. ¾ - dokładnie nie wiem, bo podjadałam na bieżąco ;)

Jak ktoś lubi- ćwierć cykorii (u mnie nie było, bo nie znalazłam)

Łyżka wody

Łyżka oliwy

Troszkę musztardy

Troszkę miodu

Przyprawy do smaku

Opcjonalnie: nasiona słonecznika

 

Brukselkom obcinamy kłęby, ewentualnie można zdjąć zniszczone wierzchnie liście i gotujemy w posolonej wodzie. Grapefruita kroimy na małe cząstki. Podczas, gdy nasza brukselka się jeszcze gotuje- mieszamy wodę, oliwę, musztardę, miód i przyprawy. Po ugotowaniu brukselki- dajmy jej trochę ostygnąć. Łączymy wszystkie składniki i mamy przepyszną sałatkę! Ja oczywiście dodałam trochę nasion słonecznika i pestek dyni, bo bez tego sałatki nie można nazwać sałatką J

 

Smacznego!

 

niedziela, 04 września 2011

El Bulli to restauracja specjalizująca się w kuchni molekularnej. Marzy mi się praca w takim miejscu. Ale cóż... na razie robię kawy i naleśniki- też nieźle. Zapraszam do lektury wywiadu z szefem- Ferranem Adrir. Mogę powiedzieć z pewnością- Lubię to!

 

Tomasz Czech, Aleksandra Lipczak: – W lipcu zamyka pan słynną restaurację El Bulli na dwa lata. Zmęczyły pana rankingi, nagrody, konkurencja?
Ferran Adriŕ: – El Bulli była pięć razy najlepszą restauracją świata, sześć razy drugą, kilka razy trzecią. Tytuły honoris causa, przewodniki, gwiazdki – już mnie to nie motywuje. Ale uwaga, ktoś może powiedzieć: dajecie sobie na luz. Nic z tych rzeczy!

Powiedział pan jednak, że El Bulli nie będzie już nigdy najlepszą restauracją świata.
El Bulli nie będzie już nigdy restauracją. Będzie centrum twórczym.

A to w ogóle była kiedykolwiek tylko restauracja?
Była nią w takim sensie, że ludzie przychodzili i płacili za to, co zjedli. Ale po pierwsze: nie mogli wybrać, co zjedzą, bo był tylko jeden możliwy zestaw dań. To nie do pomyślenia w restauracji. W czasie kolacji każdy próbował 50 różnych dań. W 2002 r., kiedy El Bulli zaczęło być sławne, postanowiliśmy nie otwierać w porze obiadowej. Na dodatek działaliśmy tylko przez 6 miesięcy w roku. Resztę czasu poświęcaliśmy na badania i eksperymenty z nowymi daniami. Ile jest podobnych miejsc na świecie? Zero.

Więc El Bulli to restauracja wyjątkowa?
To fenomen, który przekracza granice kuchni i kultury. Nie do wiary, że uprawiając radykalną awangardę staliśmy się tak popularni! Boom związany z kuchnią w Katalonii i Hiszpanii to zresztą bardzo ciekawe zjawisko. Kuchnia stała się tu nowym rock’n’rollem.

Jak to się zaczęło?
Zwróćcie uwagę na ten „New York Times Magazine” (wskazuje na oprawioną okładkę, która wisi na ścianie). Ten numer wyznacza epokę przed i po. Po raz pierwszy mówi się w nim, że światowe centrum kulinarne to nie Francja, ale Hiszpania. Wcześniej było to nie do pomyślenia. Know-how zawsze pochodziło z Francji.

To numer z 2003 r., zaczyna pan iść nową drogą.
Ale nie pojawia się jeszcze nazwa kuchnia molekularna. Nie wiedziałem, że szykuje się rewolucja, i nie wiedziałem, jaką nazwę dać temu, co robiliśmy. Kuchnia molekularna pojawiła się później, podobnie jak określenie technoemocjonalna. Które przetrwa? Nie wiem.

Na czym polegała rewolucja?
Wynaleźliśmy nowy język. Jaki? Proszę, oto 10 godzin nagrań i 8 tys. stron książki. Nie mogę tego inaczej wytłumaczyć, bo zawsze będzie to tylko częściowe wyjaśnienie. Kiedy pytają mnie o El Bulli, mówię: o którym El Bulli mówimy, z którego roku? Ludzie, którzy jedli u nas w 2000 r. i wracają w 2011 r., widzą, że dzisiejsze El Bulli nie ma nic wspólnego z tamtym.

„Żeby być wciąż El Bulli, musimy przestać robić nasze dania”, tak?
Ja to powiedziałem? Niezłe! El Bulli to marzenie, sen, który urzeczywistniamy na nowo co roku.

A co z kuchnią tradycyjną? Miała na El Bulli jakiś wpływ?
Tak, zwłaszcza na początku, kiedy robiliśmy kuchnię o smaku śródziemnomorskim, hiszpańską, francuską. Czerpałem wtedy z kuchni mojej matki. Potem coraz bardziej eksperymentowaliśmy. Zdecydowaliśmy, że znamy już dobrze ten język i możemy zacząć tworzyć nasz własny.

Co jest najważniejsze w pana kuchni – smak?
Chodzi o emocje związane z próbowaniem czegoś nowego. Kiedy widzisz dziewczynę, mówisz: ta mi się podoba, a ta nie. Dlaczego? Nie wiesz. Później może i wiesz, ale nigdy w pierwszym momencie. To samo u nas. To nowe doznanie, coś, czego nigdy jeszcze nie czułeś. Co nie oznacza, że smak nas nie interesuje. Ale tworzyć tylko dla smaku – to zbyt proste. Smak to bardzo subiektywna sprawa. Ale wynaleźć gorącą żelatynę – to już obiektywny cel. Mówimy o 1998 r. Od tego momentu żelatyna nie występuje tylko w zimnej postaci. I o to nam chodzi.

Pewien dziennikarz powiedział, że na kolacji w El Bulli czuł się tak poruszony jak na koncercie Hendriksa, kiedy ten spalił swoją gitarę.
Tak jest, kiedy w grę wchodzi pasja i emocje. Wydaje wam się dziwne, że 100 tys. ludzi ogląda mecz i zachowuje jak wariaci? Kiedy w grę wchodzi pasja i emocje, wszystko staje się bardzo relatywne. To, co czują ludzie, to ich sprawa. Co chcę, żeby czuli? Chcę, żeby byli poruszeni i dobrze się bawili.

Zachowują się czasem dziwnie, jeśli patrzy się na to z boku: śmieją się, płaczą, wydają okrzyki zdziwienia.
Niektórzy mnie krytykują, inni uwielbiają. Ale proszę, usiądźmy sobie w restauracji na Rambli, pani lubi sałatkę, ja ośmiornicę, pani się tu nie spodoba, bo kelner jest gburowaty, a mnie tak, bo kelnerka jest ładna. Każde z nas będzie miało swoją opinię i tak samo jest w El Bulli. Tylko że różnice zdań na temat El Bulli są gigantyczne. Przychodzi facet, który mówi, że to sztuka, a potem drugi mówi, że to gówno. Jedni twierdzą, że to wyjątkowe doświadczenie, inni, że to jakiś żart. Chodzi o to, że nasza kuchnia to język, którego wcześniej nie znali, i wyprowadza ich to z równowagi.

Ale reakcje klientów są dla pana ważne?
Ważne, ale nie najważniejsze. Najbardziej liczy się kreatywność. Jak się już ma restaurację, trzeba zająć się tym, żeby ludziom smakowało. Ale nie jest to moja misja numer jeden. Gotujemy, żeby kreować, żeby przecierać nowe szlaki. A potem dzielimy się efektami z ludźmi.

Wróćmy do kuchni jako języka. Jak to rozumieć?
Gdybym pojechał do Polski i próbował waszych dań, na pewno próbowalibyście coś mi przez nie opowiedzieć. Historię Polski. Ale tak samo, jak nie rozumiem polskiego, mogę też nie zrozumieć nic z polskiej kuchni. Zdarza mi się na przykład nie rozumieć kuchni japońskiej. Nie ma sztućców, nie ma chleba, nie ma wina – trzech symboli kuchni śródziemnomorskiej. Nie wiem, o co chodzi, więc muszę się jej nauczyć, tak jak uczy się nowego języka. Trzeba zrozumieć przyczynę, dlaczego coś się robi tak, a nie inaczej. Jeśli przyrządzasz sushi, pięknie byłoby znać jego historię, a nie tylko mechanicznie wykonywać czynności.

Idealny klient El Bulli to w takim razie ktoś, kto przychodzi przygotowany?
Tak, jeśli chodzi o to, żeby zrozumieć naszą kuchnię. Ale żeby się nią cieszyć, rozkoszować – przygotowanie nie jest konieczne. Tak jak z operą. Można nie rozumieć włoskiego, ale i tak ją głęboko przeżywać.

Mówi się, że jedną z zasług Ferrana Adrii jest wprowadzenie do kuchni poczucia humoru.
Nie tyle humoru, co szóstego zmysłu. Prowokacji. Sprawiliśmy, że miliony ludzi zaczęły się zastanawiać nad faktem jedzenia i sprowokowaliśmy debatę: to blaga, gówno czy sztuka? To zostawiło ślad. Ludzie patrzą na jedzenie w inny sposób. Ale ja jestem kucharzem, nie artystą.

Kucharzem artystą?
Kucharzem i kropka. Cholera, nie mówi się przecież o malarzu: malarz i kucharz, malarz to po prostu malarz. Jestem kucharzem i z tej pozycji nawiązuję relacje ze światem sztuki i designu. Efekty tego, co robię, mogą przypominać pójście do opery albo na mecz. Zależy od tego, kto je.

Jakie plotki na temat El Bulli najbardziej pana denerwują?
Szczytem wszystkiego była informacja, która pojawiła się podczas podróży mojego brata do Włoch. Jeden z włoskich dzienników i „Los Angeles Times” napisały, że przekształcamy El Bulli w pizzerię. Na takie bzdury nigdy nie reagujemy nerwowo. Wystarczy, że nasza praca wzbudza kontrowersje, my sami nie lubimy wywoływać polemik. Nie jesteśmy bohemą.

Pojawiło się oskarżenie, że produkty i techniki, których używacie, jak gotowanie w ciekłym azocie, mogą być szkodliwe dla zdrowia.
To kłamstwo. Stało się komuś coś, odkąd zaczęliśmy? Ktoś umarł? Tak jest zawsze: awangarda i jej przeciwnicy. Tylko że na przykład w literaturze nikt nie powie: jeśli przeczytasz tę książkę, umrzesz, oślepniesz. W kuchni to możliwe, używa się tematu zdrowia jako narzędzia kontrawangardy. Dopuszcza się tu okropnej manipulacji, bo ludzie nawet nie wiedzą, o jakich produktach mówimy.

A przecież umrzeć możesz nawet od anchois, które zresztą uwielbiam – jeśli jesz je codziennie, możesz być pewny, że dostaniesz zawału z powodu ilości soli, którą zawierają.

A co z naukowcami, chemikami, którzy rzekomo pracują w pana kuchni?
Wszyscy myślą, że ten warsztat to laboratorium i że mamy tu kosmiczne machiny. Nic z tych rzeczy. To prawda, współpracowaliśmy z naukowcami, ale wyniki okazały się skromniejsze, niż oczekiwaliśmy. Najważniejsze jednak, że byliśmy pierwsi. Relacja kuchni z nauką istniała, co prawda, dużo wcześniej, ale nikt przed nami nie poddał jej konceptualizacji, profesjonalizacji.

Mary Quant, która spopularyzowała minispódniczkę, nie była pierwsza. Na Hawajach nosiło się je od dawna. Ale ona skonceptualizowała mini jako nowy zachodni ciuch. Tak samo z nami. Wynaleźliśmy też formułę współpracy z projektantami przemysłowymi – przy projektowaniu sztućców i naczyń. Jesteśmy jedną z pierwszych restauracji haute cuisine, która współpracuje z dostawcami ekologicznych produktów. Kuchnia to uniwersalna dyscyplina, pracujemy z wieloma ludźmi.

A co jedzą na obiad kucharze El Bulli?
Codziennie gotujemy sobie tradycyjny obiad za kilka euro na głowę. Ja sam lubię owoce morza, owoce. Ale nie jestem fundamentalistą. Lubię to, na co mam w danej chwili ochotę.

Czy coś przeniknęło z El Bulli pod strzechy?
Przede wszystkim nastawienie. Osiągnęliśmy to, że miliony ludzi zaczęły myśleć o jedzeniu. W prestiżowym rankingu magazynu „Restaurant” byłem na pierwszym miejscu pięć razy. Ale ośmiu z pierwszej dziesiątki to „bullijczycy”, choć z własnym zdefiniowanym językiem. Kiedyś publikowałem książki z przepisami w rodzaju „Gotować z Ferranem Adrią w domu”. Ale powiedziałem: basta, bo zrobiło się zamieszanie. Ludzie zaczęli się gubić: to ten gość od dekonstrukcji curry z kurczakiem czy prostych przepisów z książki?

Wróćmy do przyszłości El Bulli. Dlaczego zamykacie?
Chodzi o powrót do korzeni, do okresu, kiedy mieliśmy dużo czasu i mogliśmy podróżować i szukać inspiracji, tworzyć. Szukamy nowych wyzwań, bo nasz zespół stał się niemal perfekcyjną machiną i zaczęliśmy się trochę nudzić. Ale nie zamykamy, transformujemy się. W 2014 r. wracamy jako fundacja.

Fundacja?
Chcemy się dzielić naszą wiedzą i osiągnięciami. Mieliśmy tyle szczęścia w życiu, że czas zrewanżować się społeczeństwu. Co sezon będziemy przyjmować kilkunastu współpracowników, nie tylko kucharzy, ale też projektantów i architektów. Pomysł jest taki, by tworzyć, a potem udostępniać efekty współpracy, pomysły i odkrycia na bieżąco w Internecie. To naprawdę ekscytujące. Oszaleli – mówią o nas. Wyobraźcie sobie, że Norman Foster zamyka studio i oferuje swoją twórczość w prezencie.

Ale wciąż będzie można przyjść do El Bulli na kolację?
Będzie można przyjść coś zjeść, ale to drugorzędna kwestia. Na pewno nie będzie jednak rezerwacji. To jeden z powodów, dla którego zmieniamy format. Dotąd więcej czasu niż gotowanie zajmowało nam mówienie „nie” tysiącom ludzi, którzy chcieli się dostać do El Bulli.

To szczęście miało tylko 50 gości dziennie, obsługiwanych przez 70 osób. Czy El Bulli przynosiło straty?
El Bulli nie przynosiło strat, El Bulli kosztowało. Dlatego stworzyliśmy własny model biznesu, wydajemy książki, zajmujemy się designem, biorę udział w reklamach. Na tym zarabiamy na restaurację. Na haute cuisine nie da się bezpośrednio zarobić. Ale dzięki wizerunkowi i marce możesz zarabiać gdzie indziej.

To wszystko wymaga czasu i energii. Powiedział pan kiedyś, że jest pan zmęczony Ferranem Adrią.
W ostatnich 15 latach pracowałem 330 dni w roku po 15 godzin dziennie. Jeśli chcesz zostać Ferranem Adrią, musisz najpierw zdecydować, czy jesteś na to gotowy. Nie polecam.

Plany na najbliższe dwa lata?
Mój plan to zregenerować się i podróżować, żeby promować nowy projekt. Koordynuję też kurs o kuchni i nauce na Harvardzie. Wspólnie z bratem otworzyliśmy w Barcelonie nowe miejsce z tapasami. Dlatego, że mieliśmy na to ochotę. Jesteśmy zakochani w tapasach.

Ferran Adrià (ur. 1954), jeden z najsłynniejszych kucharzy świata, nazywany jest Salvadorem Dalí hiszpańskiej kuchni. Zaczynał 30 lat temu na zmywaku w nadmorskiej restauracji pod Barceloną, uczył się u mistrzów francuskiej nouvelle cuisine. Pionier kuchni molekularnej, wprowadził do kuchni pojęcie dekonstrukcji, która polega na przekształcaniu formy i stanu skupienia produktu przy zachowaniu oryginalnego smaku. Wynalazca takich technik kulinarnych jak gotowanie w ciekłym azocie i sferyfikacja, czyli przekształcanie produktów w fałszywy kawior. W  jego restauracji można spróbować kawioru z melona, groszku w formie piany, krewetek do picia.

przy okazji- dziękuję mojej wspaniałej siostrze za podesłanie linku :)

piątek, 02 września 2011

Dla wielbicieli Jamie Olivera- hasło znane nie od dziś. Tych, którzy o programie nie mają pojęcia- zapraszam na 40-minutową dawkę zdrowej żywności. Jedną z rzeczy, które musicie o mnie wiedzieć jest to, że uwielbiam Jamie’go (nie tylko z powodu brytyjskiego akcentu ;) ) i nie będzie to jedyny post z nim w roli głównej. Enjoy!

http://www.megavideo.com/?v=D8BW7HR0 

Durszlak.pl Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
JemyZdrowo.pl