sobota, 31 marca 2012

Zakupy na targu. Idę do mojej ulubionej pani (u której ostatnio spotkałam Adama Ferencego, tak przy okazji. I był gościem, nie klientem :) Takie sławy tylko u mnie na dzielni!).

-Dzień dobry, poproszę 300 g brukselki

- Nie mam już brukselki

- Oh nie. I co ja teraz zrobię?

- O tej porze brukselka niedobra i brzydka...

Co jak co, ale żeby powiedzieć, że brukselka jest niedobra- to szczyt absurdu :) Nawet nie w sezonie. Kontynuuję poszukiwania. Przy piątym stoisku- Alleluja!- znalazły się resztki ukochanego warzywa. Biorę. Czemu dobra brukselka jest tylko przez 3 miesiące? W takich momentach nienawidzę sezonowości. Chciałabym mieć śliwki, truskawki, brukselkę i fasolkę szparagową przez cały rok. I dojrzałe pomidory!

Ale przejdźmy do przepisu. Oto mój ostatni obiad:

Brukselka w winie jest świetnym dodatkiem do wielu potraw. U mnie- z warzywami gotowanymi na parze

Potrzebujemy:

5 sztuk dużych brukselek

ulubionych warzywek (ten punkt pomijamy, jeżeli podajemy brukselkę do innego dania)

1/4 szklanki pestek słonecznika (wersja dla bogaczy: orzechów piniowych)- można mniej, bo ja swoich pestek użyłam jeszcze do sałatki i innych warzyw

1/4 szklanki białego wina

trochę oliwy

trochę soku z cytryny

sól i pieprz

 

brukselkę gotujemy na parze razem z innymi warzywami.

W tym czasie- prażymy pestki słonecznika (na patelni- najlepiej teflonowej- bez tłuszczu, cały czas mieszając)

Gdy brukselki będą już miękkie- dzielimy je na połówki i wrzucamy na rozgrzaną oliwę

Dodajemy sól i pieprz i tak trzymamy na średnim ogniu do zarumienienia warzyw.

Dodajemy wino i połowę prażonych nasion i utrzymujemy na ogniu przez 10 minut.

Dodajemy sok z cytryny (nie za dużo- mi się trochę polało i brukselka wyszła jednak zbyt kwaskowata) i gotujemy ok. 5 minut tak, żeby sok i wino odparowały

Podajemy posypując resztką pestek słonecznika

Smacznego!

a oto zdjęcie całego obiadu- z kwiatami (wiosennie), których widok od razu poprawia humor

sobota, 24 marca 2012

Dziś bez przepisu, ale w zamian za to złota myśl na pocieszenie: NIEDŁUGO TRUSKAWKI!

15:57, dietoholic
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 marca 2012

Pierwsza zasada mojej kuchni? Nie bój się eksperymentować, nie obawiaj się nowych połączeń. Ja na przykład nigdy bym nie wpadła na połączenie pora i pomarańczy (ale nie bójcie się- to jest tylko nuta pomarańczowa, owoc ten nie stanowi większości przepisu). Gdybym się bała eksperymentowania i nie była skłonna do próbowania nowych smaków- nigdy bym nie poznała tej wspaniałej zupy. Warto było. Uczta dla podniebienia.

potrzebujemy:

4 dużych porów (w oryginale: 500g białych części)

150 g ziemniaków

300 ml jogutru

łyżka oliwy

sok z połowy pomarańczy

1l wywaru warzywnego (można użyć kostki, ale po co skoro można zrobić bulion?)

 

Pory kroimy na cienkie plastry, a ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę

Na rozgrzaną oliwę wrzucamy pora (na razie bez ziemniaków) i dusimy przez 10 minut na małym ogniu.

Po tym czasie dodajemy ziemniaki i dusimy dalej przez 3 minuty.

Dolewamy bulion i sok z pomarańczy, gotujemy przez 20 minut.

Dodajemy jogurt, mieszamy wszystko i gotujemy 10 minut.

Po ugotowaniu miksujemy blenderem, przyprawiamy do smaku solą i pieprzem (lub, opcjonalnie, ulubionymi przyprawami)

Smacznego!

źródło przepisu: Every Cake You Bake

wtorek, 20 marca 2012

Sycące, dobre, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. I równocześnie obalam mit, że pieczone ziemniaki muszą ociekać tłuszczem i kaloriami :)

oto efekt:

potrzebujemy:

ulubione warzywa (u mnie pomidory, marchewka, ziemniaki i pietruszka)

3/4 szklanki mleka

jajko

łyżka oliwy

bazylia (jak widać u mnie w dużych ilościach)

opcjonalnie: trochę parmezanu, trochę otrąb

 

Zaczynamy od blanszowania warzyw- obrane wrzucamy na 5 minut do gotującej się wody i trzymamy na ogniu (najlepiej blanszować warzywa w całości, a dopiero potem pokroić- tą metodą tracimy mniej witamin i składników odżywczych. W dni wiosenne można blanszować i zapiekać młode ziemniaki w mundurkach)

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni, a w tym czasie.... :

warzywa wykładamy do naczynia żaroodpornego

przygotowujemy pseudobeszamel- do rondelka średniej wielkości wlewamy oliwę lub olej rzepakowy (ja ostatnio kupiłam tanio olej arachidowy- dobre źródło niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych!) i dolewamy mleko. Doprowadzamy do lekkiego wrzenia.

Odstawiamy na chwilkę, wbijamy jajko i mieszamy. Doprawiamy solą, pieprzem

Wylewamy sos na warzywa

Całą "zapiekankę" można oprószyć parmezanem (polecam) i otrębami oraz bazylią (najlepsza świeża)

Wkładamy do piekarnika i pieczemy do momentu ścięcia się warzyw z sosem (mojemu piekarnikowi zajęło to ok. pół godziny)

Smacznego!

poniedziałek, 19 marca 2012

Czyli wykorzystywania resztek z sokowirówki ciąg dalszy. Od kilku dni chodziły za mną muffiny marchewkowe. Ale nie takie mączyste i biszkoptowe, jakie można spotkać w wielu kawiarniach czy cukierniach. Mi chodziło o takie mokre, przepełnione smakiem marchewki, domowej roboty. A najlepszym sposobem na dostanie takowych jest... zrobienie ich własnoręcznie :)

a moje wyglądały tak:

Na ok. 9 muffinek potrzebujemy:

4 łyżki mąki razowej

1 łyżka cukru trzcinowego

2 jajka

1 jabłko

kilka łyżek resztek z sokowirówki lub startej marchewki- ja dodawałam tyle, żeby konsystencja była dość kleista. myślę, że ok. 4 średnich startych marchewek starczy

1 łyżka otrębów (opcjonalnie- ja lubię)

1 łyżka miodu

szczypta sody

łyżeczka (płaska) proszku do pieczenia

garść orzechów włoskich pokruszonych w niewielkie kawałki (ale nie muszą być jakoś megamełe)

garść rodzynek

łyżka oliwy

 

Połowę jabłka ścieramy na tarce, a drugą połowę kroimy w drobną kostkę.

Wszystkie elementy łączymy ze sobą i doprowadzamy do konsystencji kleistej, ale nie zbyt gęstej (żeby nie była sucha).

Masę przekładamy do form na muffinki

Wkładamy do rozgrzanego do ok. 180-200 st. C piekarnika

Pieczemy ok. 15- 20 minut do uzyskania pięknego zapachu i lekkiego przyrumienienia na górze

 

Smacznego!

piątek, 16 marca 2012

Na dobranoc- kilka słów od Jamiego. Nie muszę przypominać, że... UWIELBIAM TEGO CZŁOWIEKA!

food philosophy

My philosophy to food and healthy eating has always been about enjoying everything in a balanced, and sane way. Food is one of life's greatest joys yet we've reached this really sad point where we're turning food into the enemy, and something to be afraid of. I believe that when you use good ingredients to make pasta dishes, salads, stews, burgers, grilled vegetables, fruit salads, and even outrageous cakes, they all have a place in our diets. We just need to rediscover our common sense: if you want to curl up and eat macaroni and cheese every once in a while ? that's alright! Just have a sensible portion next to a fresh salad, and don't eat a big old helping of chocolate cake afterwards.

Knowing how to cook means you'll be able to turn all sorts of fresh ingredients into meals when they're in season, at their best, and cheapest! Cooking this way will always be cheaper than buying processed food, not to mention better for you. And because you'll be cooking a variety of lovely things, you'll naturally start to find a sensible balance. Some days you'll feel like making something light, and fresh, other days you'll want something warming and hearty. If you've got to snack between meals, try to go for something healthy rather than loading up on chocolate or potato crisps. Basically, as long as we all recognize that treats should be treats, not a daily occurrence, we'll be in a good place. So when I talk about having a 'healthy' approach to food, and eating better I'm talking about achieving that sense of balance: lots of the good stuff, loads of variety, and the odd indulgence every now and then.

źródło: http://www.jamieoliver.com/us/philosophy 

Ostatnio w mojej kuchni zdarzyła się prawdziwa katastrofa. Porównywalna do tej pod Szczekocinami albo w Smoleńsku. Ułamał mi się bardzo, ale to bardzo istotny fragment sokowirówki i zostałam pozbawiona świeżo wyciskanych soków. A specjalnie nakupowałam miliony jabłek i marchewek, imbir już czekał w pogotowiu do wyciśnięcia. Musiałam obejść się smakiem i jak najszybciej biec do punktu obsługi klienta w celu reklamacji sprzętu.

Ale, jak to wspaniałe polskie przysłowie mówi, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu musiałam wyszperać jakiś przepis z marchewką w roli głównej, coby mi się nie zepsuła w nieszczelnej lodówce.

Może brzmieć niebezpiecznie, ale zapewniam Was, że jest to przepis godny uwagi i odwagi :) Kolejny na liście moich ulubionych sosów do makaronów.

<ja zrobiłam "sos" z dużej ilości marchewek- w przepisie trochę zmniejszyłam ich ilość tak, żeby było to rzeczywiście makaron z sosem, a nie sos z dodatkiem makaronu>

potrzebujemy:

makaron (najlepsze byłoby spaghetti, ale w domu miałam tylko penne)

2-3 średnie marchewki

imbir- ok. 1,5 cm kawałek lub łyżka sproszkowanego

1-2 ząbki czosnku

szczypta cynamonu

szczypta soli

 

Makaron gotujemy zgodnie z przepisem na opakowaniu.

Na odrobinie oleju podsmażamy czosnek przez ok. 30 sekund.

Następnie wrzucamy imbir (jeżeli wzięliście świeży imbir- idealny wybór- możecie go zmielić w wyciskarce do czosnku albo pokroić na bardzo drobne kawałki) oraz dość drobno pokrojoną marchewkę.

Całość trzymamy na ogniu, dodając trochę wody, przez 15 minut.

Gdy marchew już trochę zmięknie, wrzucamy ją do blendera i miksujemy.

Doprawiamy cynamonem, solą i czym tam tylko chcemy.

"Sos" (a raczej marchwiowe puree) łączymy z makaronem i zajadamy się przepysznym obiadem

Smacznego!

Durszlak.pl Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
JemyZdrowo.pl