piątek, 29 stycznia 2016

Wróciłam z "urlopu" (górnolotnie nazwane 3 dni wolnego). Szkocja, Edynburg... no cudo! Wizualne, nie żywieniowe, niestety. Gdyby tam tak nie wiało i padało, to mogłabym tam zamieszkać. Mnóstwo kamienic, starych budynków. No i góra (albo raczej wzgórze) króla Artura. I to właśnie wzgórze mnie zabiło. Nie jestem chyba najodporniejszą na świecie osobą, więc z wyjazdu wróciłam z wysoką gorączką i wielkim niezadowoleniem. Bo kto jak kto, ale ja na pewno nie jestem chorobolubna...

Pierwsze dwa dni przeleżałam w łóżku wpychając w siebie zupę-krem, którą zrobiłam resztkami sił stojąc na nogach. Ale dziś było już lepiej, więc mogłam przejść się po warzywa na bazar. I tak powstała idea zrobienia pęczotta. W sumie wyszła trochę taka zupa dahl, tylko bez zupy, ale z pęczakiem. Rozgrzewa porządnie. Myślę, że imbir dodałby temu daniu trochę ciekawego smaku, a i przeciwchorobowe działanie byłoby zdwojone.

_IGP7501

Potrzebujemy:

30g pęczaku

2 łyżki ugotowanej (u mnie zielonej) soczewicy

1 sporą marchewkę

1 cebulę

ząbek czosnku

kilka łyżek pomidorów (ja dałam z puszki)

 

Zaczynamy od ugotowania soczewicy. Ja ugotowałam od razu więcej (na inne potrawy), a do przepisu użyłam tylko części.

Pęczak zalewamy gorącą wodą.

Do garnka z pęczakiem od razu wrzucamy też cebulę pokrojoną w piórka i pokrojoną w talarki marchewkę.

Zostawiamy na średnim ogniu, niech się gotuje.

Pod koniec dodajemy trochę pomidorów, ząbek czosnku i soczewicę. Jak chcemy, doprawiamy czym tam mamy pod ręką.

A jak już jest najpyszniejsze na świecie to podajemy do stołu.

Smacznego!

 

_IGP74791

_IGP74914

 

 

 
16:23, dietoholic
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 stycznia 2016

_IGP7458

Podobno nie ważne jak się zaczyna, ale istotne jest jak się kończy. Ja w nowy rok weszłam z impetem, czego świadectwem jest dzisiejszy dzień. Od rana mnie zaskakiwał. Na szczęście pozytywnie. Igła wagi zdrowia w końcu zaczęła przechylać się w kierunku szali normalności, a również zawodowo od początku roku rynek pracy zaczął mnie zaskakiwać, dając coraz to nowe wyzwania. Jak więc mogłam świętować to pasmo zmian na lepsze i małych sukcesów? Nie, moi drodzy, tym razem nie szampanem, ale... SAŁATKĄ Z BURAKA!

Tak, ten co mnie zna choć trochę (lub zdarzało mu się śledzić mojego bloga) dobrze wie, czym zawsze można polepszyć mi humor. To czerwonorubinowe warzywo zawsze wywołuje na mojej twarzy uśmiech, a w oczach- proszący o dokładkę wzrok, prawie jak u Kota ze Shreka.

Znałam takich, co mawiali, że snickers w smaku jest lepszy niż seks (proszę, nie każcie mi komentować doznań erotycznych moich przyjaciół). Cóż... jeżeli już naprawdę miałabym odnaleźć swojego snickersa w jakimkolwiek produkcie, to byłby to zapewne burak (przynajmniej na razie jestem skłonna oficjalnie stwierdzić, że nigdy mi się nie znudzi). Może i jest to słodkie warzywa, ale przynajmniej trochę zdrowsze niż połączenie czekolady, orzechów i karmelu z nasyconymi kwasami tłuszczowymi i masą chemicznych dodatków!

Zatem- afrodyzjak czy nie, rozkoszujcie się moją propozycją na dzisiejszy lunch, przekąskę czy kolację!

_IGP74532

Potrzebujemy:

2-3 garście rukoli

30-40g kaszy jaglanej

30g fety

50 g buraka

trochę oliwy i przypraw

 

Kaszę jaglaną gotujemy w gorącej wodzie, do osiągnięcia optymalnej miękkości

Buraka gotujemy i (ostudzonego) ścieramy na tarce

Na dno miski rozszarpujemy trochę rukoli (tzn. rwiemy na mniejsze części, żeby było wygodniej jeść- nie wiem jak wy, ale ja nienawidzę, gdy sałata lodowa ma zbyt wielkie kawałki i jedzenie takowej nie należy do najbardziej eleganckich widoków świata)

Na rukolę wylewamy trochę oliwy i dodajemy przyprawy, sałatę mieszamy dokładnie

Fetę szarpiemy w małe kawałki, dodajemy do sałaty

Dodajemy też ugotowaną kaszę i wiórki buraka. Całość mieszamy i ewentualnie jeszcze przyprawiamy

Podajemy, pakujemy lub jemy prosto z półmiska

Smacznego!

 _IGP74733

_IGP7464 

 

 

 

08:42, dietoholic , sałatki
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 stycznia 2016

_IGP7425

Z szakszuką po raz pierwszy spotkałam się w opisywanym przez mnie wcześniej Mezze, które pomimo otwarcia wielu innych konkurencyjnych hummus barów w Warszawie, nadal zostaje moim ulubionym. Na początku nie byłam do tego dania przekonana. Zniechęcało mnie jajko, bo w końcu nie dość że takie pospolite (w porównaniu do falefeli) to jeszcze takie tłuste... (jakby hummus kaloryczny nie był, ale logiki mojego myślenia nie musimy dzisiaj komentować). Z resztą o plusach i minusach jajka oraz naukowych podwalin cholesterofobii też już kiedyś pisałam.

Ale wracając do szakszuki- jest to tradycyjne tunezyjskie danie, serwowane zazwyczaj z mięsem. Dużą ilością mięsa. Ale znając dzisiejszą wegetariańską modę, można się było spodziewać, że zaraz ktoś stworzy wersję bez padliny i założyłabym się o grube pieniądze, że pierwsza nie jestem. Ważne jest jedno- jajko. Bez tego (i bez pomidorów) szakszuka nie powstanie. Oto wyzwanie dla amatorów diety bezjajecznej i wegan!

Ze względu na obecność jajka jest to danie dosyć sycące, idealne na śniadanie, obiad i kolację, a również danie przedtreningowe. Szybkie, smaczne i sycące- to 3 S charakterystyczne dla Szakszuki (łącznie 4 S, czy to przeznaczenie?). Zaraz zobaczycie sami!

Ja do tego dania użyłam specjalnego żeliwnego naczynia, ale wydaje mi się, że w każdym teflonowym rondelku też powinno wyjść (choć może nie będzie tak ciekawie wyglądało po przełożeniu na talerz). 

 

Na jedną porcję potrzebujemy:

1 jajko

2 łyżki fasoli

ok. 4 łyżek przecieru pomidorowego

1 cebulę

1 marchewkę

przyprawy jakie tylko chcemy

 

Najpierw podsmażamy cebulę.

Dodajemy do niej startą marchewkę.

Czekamy, aż warzywa trochę się podgotują i dodajemy przecier pomidorowy i fasolę.

Na koniec wbijamy jajko i zostawiamy na małym ogniu czekając, aż białko się zetnie. Możemy w tym czasie delikatnie danie wymieszać, jednak uważając, żeby nie uszkodzić żółtka.

Podajemy w czystej postaci lub z kromką chleba.

Smacznego!

 


 
Durszlak.pl Top Blogi Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów
JemyZdrowo.pl